OCZAMI VERGII:
Następnego ranka obudziłam się wtulona w ciepłe ramiona Justina. Patrzyłam się jak śpi.
- Jaki on jest boski – pomyślałam. - I pomyśleć, że jestem taką szczęściarą, że go mam.
Po dłuższej chwili otworzył zaspane oczy i szczerze się uśmiechnął. Przez cały czas przytulaliśmy się i patrzyliśmy na siebie.
- Hej, wyspałaś się? Nawet nie wiesz, jaki ja jestem szczęśliwy. BOŻE! JAKI JA JESTEM SZCZĘŚLIWYYY!!! – Wykrzyczał.
- Hej, przestań. Sąsiedzi śpią – szeptem powiedziałam.
Nie wiedziałam, czy to jest odpowiednia chwila, ale bardzo chciałam go pocałować. To byłby mój pierwszy raz, ale z najbardziej właściwą osobą na świecie. Wahałam się, bo nie chciałam, żeby się obraził czy coś. Jednak myślałam, że to odpowiedni moment.
- Justin?
- Yeah?
- Nie obrazisz się na mnie jeśli coś zrobię?
- A co?
Strasznie się bałam, ale bardzo tego chciałam. Pomyślałam: raz kozie śmierć. Przysunęłam się powoli do niego i już prawie dotknęłam jego warg, kiedy odsunął się i spytał:
- Yyyy, co robisz?
- Próbowałam Cię pocałować, ale mi się nie udało – serce mi waliło jak nigdy – Nie chcesz?
- Oczywiście, że chce, ale nie chciałem na ciebie naciskać…
- Nie naciskasz, to jak?
Nic już nie powiedział tylko popatrzył mi w oczy, przysunął się i pocałował. Na początku bardzo delikatnie i subtelnie, ale potem zaczęło się bardziej namiętnie. Cieszyliśmy się chwilą. Zanim zdążyłam się dobrze wczuć w chwilę i przeżyć ten pierwszy pocałunek usłyszałam głośny krzyk: Vergia! Dziecko! Wróciliśmy! Gdzie jesteś, kochanie? - To była moja mama. – Boże, dziecko. Na dachu siedzisz? Nie ruszaj się. Już tam idę.
Powiedziałam Justinowi żeby przeszedł na drugą stronę dachu zanim moja mama tu przyjdzie. Gdy tak przechodził coś zauważyłam.
- Boże! Justin! Ty krwawisz. Co ci się stało?
- To teraz nieważne. Muszę się schować.
Moja mama przyszła, a Justin już się schował.
- Dziecko drogie! Co ty tu robisz? Czemu tu weszłaś? My z ojcem już wróciliśmy. Chodź. Po drodze zahaczyliśmy o Tesco i kupiliśmy truskawki.
- Tak, mamo bardzo się cieszę. A mogłabyś mi te truskawki zalać śmietaną i cukrem posypać.. Proszę. A ja tu zamknę drzwi od strychu.
- Dobrze, kochanie. Tylko nie wychodź.
Mama poszła, a ja głośno pomyślałam: Było tak pięknie. Czemu musieliśmy to przerwać, czemu akurat teraz wrócili? Tak, jasne mamusiu, nie wyjdę.. Już to widzę. Więc wyszłam. Próbowałam się wdrapać na górę jednak noga mi się poślizgnęła. Justin chyba usłyszał, bo wystawił głowę i przeszedł do mnie na moją stronę dachu. Złapał moją dłoń. Poczułam się lekka jak piórko niesione przez wiatr. Znowu byłam w niebie. Wciągnął mnie na dach i spytał:
- Czemu jesteś taka lekka? Ty coś w ogóle jesz?
- Jestem niesiona na skrzydłach miłości.
Ciągle zdawałam sobie sprawę z siły tego uczucia. Musiałam jakoś przedrzeć się przez korytarz, dotrzeć do pokoju i opatrzyć Justina. To nie było takie proste jak mi się wydawało. Rodzice krzątali się po całym domu i krzyczeli, że nie posprzątaliśmy w domu, tylko się leniliśmy. Ja w ogóle nie wiem, gdzie ten dupek Jesse się podziewał, to że za dwa tygodnie kończy 18 lat, to nie znaczy, że może sobie mnie zostawiać samą na noc! Nie no co za debil, co to jakaś korupcja jest czy jak?! Nie no może przesadziłam, ale... Nieważne hoho. Nie będę się na niego złościć, bo jestem za bardzo szczęśliwa. Odwróciłam się do Justina i znowu zapatrzyłam się w jego piękne, czekoladowe oczy. One są dla mnie za bardzo podniecające. Muszę się otrząsnąć. A żeby to zrobić, musiałam go choć cmoknąć. Nie wahając się zrobiłam to i prześlizgnęliśmy się do mojego pokoju. Zobaczyłam jego coraz większą, czerwoną plamę na jego brzuchu. Podniosłam mu koszulkę (bez skojarzeń), żeby zobaczyć, co mu jest. Strasznie krwawił, nie wiedziałam, jak go opatrzyć, bo potrzebne były chyba szwy. Zamówiłam więc taksówkę i pojechaliśmy do szpitala. Narobiliśmy trochę szumu i prasa się zjechała. Zaczęli zadawać głupie pytania typu: To przez nią tak płakałeś na koncercie? Czy zamierzasz spędzić z nią resztę życia? Jak ona ma na imię? I wiele, wiele innych. Miałam już tego dość, ale nie okazywałam tego przy nim, bo wiedziałam, jak bardzo mu zależy na mojej obecności. Po kilku godzinach spędzonych w szpitalu rodzice zaczęli do mnie wydzwaniać i pytali, gdzie ja do cholery jestem. Powiedziałam, że wszystko w porządku i że niedługo będę w domu, i żeby się nie martwili.
- Rodzice dzwonili, prawda? Idź do domu, na pewno się o Ciebie martwią – powiedział Just z troską.
- No co ty, nie zostawię Cię tutaj samego.
- Proszę cię, idź, nie chcę żebyś miała przeze mnie kłopoty.
- Jesteś pewien?
- W zupełności, zadzwonię, jak będzie coś wiadomo.
- Dobra, to ja lecę, ale nie zapomnij zadzwonić, martwię się o ciebie, nie wiem co bym zrobiła, gdyby coś ci się stało.
Pocałowałam go delikatnie w usta i pojechałam do domu. Wiedziałam, że szykuje się awantura, więc przed wejściem zadzwoniłam do Jesse’iego i wszystko mu powiedziałam. Powiedział, że za mną stanie. Kochany braciszek J - pomyślałam i poczekałam na niego na zewnątrz. Rodzice byli w domu, więc wolałam nie wchodzić do środka dopóki Jesse nie przyjedzie. Jest! W końcu przyjechał. Weszliśmy razem do domu. Ojciec stał w progu i świdrował mnie wzrokiem. Mama rzekła:
- Co się z tobą dzieje? Dziewczyno, śpisz na dachu. Jeździsz gdzieś na cały dzień, na ścianie twojej siostry jest jakaś krew. Ja rozumiem, że jak jej nie ma to sprawdzasz co ma w pokoju, ale żeby od razu zostawiać jej na ścianie okres.. No wiesz…
- Ale to nie ona.- powiedział Jesse.
- Synu? Czy chcesz nam coś powiedzieć? Masz okres?
- Nie, matulu. Ja tylko chcę powiedzieć, że to farba. Betty przed wyjazdem prosiła nas żebyśmy jej przemalowali pokój, ale coś nam nie wyszło. Vergia to zaraz zmyje - syn matki to powiedział.
- No dobrze. W takim razie w nocy oboje malowaliście ściany... – mama
- Tak. Potem chciałam przewietrzyć dom i otworzyłam okno na strychu. Jesse w tym czasie sprzątał farby.
- No dobrze. Jesse idź skosić trawnik.- powiedziała mama. - O nie, młoda panno. Ty zostajesz! Siadaj na dupie na tej kanapie i wytłumacz mi to!
Wtedy rzuciła mi na kolana gazetę. Coś w stylu SuperExpress tylko amerykański. Na okładce było moje zdjęcie, na drugiej stronie ja z Bieberem. Pisali o tym, że ja z nim jestem. A wgl to napisali, że mam z nim trójkę dzieci i że żądam alimentów. Mój tato powiedział:
- Nie tak cię wychowaliśmy. Co to za chłopiec? Jak mogłaś nam to zrobić. Trójka wnuków. Masz dopiero 14 lat. A twoje dzieci ile mają?
- Tato! Nie mam żadnych dzieci. Dajcie mi spokój. Od kiedy wy takie chłamy czytacie. To wszystko to nieprawda.
- A może to twoja siostra? Nie, Betty to dobre dziecko. – powiedziała mama.
- Znowu to samo. Jak zwykle. Betty to, Betty tamto. Betty - nasze kochane dziecko, Betty – córka o jakiej marzyliśmy. Zawsze Betty była najlepsza. Ja się nigdy nie liczyłam. Dlaczego?
Zaczęłam płakać. Wybiegłam z domu. Deszcz zaczął padać. Byłam cała mokra. Szłam powoli chodnikiem. Łez już nie było widać. Nie czułam smutku ani żalu, bo myślałam o Justinie, o tym jak mnie pocałował. Nawet się dobrze nie wczułam w ten temat jak zobaczyłam go idącego jakieś 200 m przede mną. Szedł w moją stronę, zwijał się z bólu i był cały mokry. Pobiegłam do niego.
- Justin! Oszalałeś?
- Może oszalałem, ale to szaleństwo z miłości. Coś o czym się nie myśli. To się czuje. Kocham cię, ślicznotko!
I upadł. Deszcz wciąż padał, a ja klęczałam na ziemi nad Justinem. Przejeżdżała jezdnią dziewczyna mojego brata. Zawsze się lubiłyśmy. Pomogła mi zawieźć Justina do szpitala. Znalazłam jego lekarza.
- Jak pan mógł go wypuścić w takim stanie?
- Ale nalegał. Poza tym to nic groźnego. Nie musi leżeć w szpitalu jak jakaś kaleka.
- Nie widzi pan w jakim jest stanie?
- Ale on tylko stracił przytomność. Najprawdopodobniej doznał czegoś tak mocno, że to było silniejsze od niego.
- Miłość – znowu głośno myślałam.
- Coś mówiłaś? – spytał lekarz.
- Nie – odpowiedziałam – Proszę kontynuować tę myśl.
- Połóżmy go na ziemi. Ja mu podniosę nogi, a ty klęknij obok jego głowy i machaj mu tym zeszytem przed twarzą. Czekajmy aż się obudzi. Jestem pewien, że chce abyś to ty była pierwszą osobą jaką zobaczy po przebudzeniu.
Machałam tym zeszytem już jakieś 7 minut, ale się nie budził. Tak słodko i spokojnie wyglądał. Myślałam, że już nigdy się nie obudzi. Te 7 minut było dla mnie jak 7 lat. Łza mi popłynęła po policzku. Spłynęła na jego sine usta i rozlała się po nich. Justin otworzył oczy. Spojrzał na mnie. Złapał mnie z tyłu szyi i przychylił moje wargi do jego warg. Nasze usta znowu się zetknęły. Tym razem jakoś tak inaczej. Czułam smak mojej łzy i słodki smak jego ust. Nie mam pojęcia co on czuł, ale ja czułam magię, magiczne zaklęcie, które otaczało mnie ze wszystkich stron. Nie słyszałam nawet wołających lekarzy, pielęgniarek ani pacjentów. To wszystko tak długo trwało, że jak puścił moje włosy i opuścił powoli swoje wargi, jak powoli zaczęłam odchylać swoje ciężkie powieki to wtedy poczułam się dziwacznie. Tak po prostu dziwacznie.
Nie wiem dlaczego, może to dlatego, że byliśmy w szpitalu i byli wokół nas lekarze, paparazzi i inni, nieznani mi ludzie. Najgorsze było to, że nazajutrz na pewno znajdzie się to w gazecie, a wtedy będę miała wielką lipę. Już się boję, ale tym razem nie poproszę o pomoc brata. To byłoby wykorzystanie emocjonalne, albo coś takiego. Nie myśląc już o tym później posiedziałam z nim jeszcze chwilę i poszłam na długi spacer. Jak dla mnie za dużo przeżyć na jeden dzień. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, ale nie miałam najmniejszej ochoty wracać do domu i wysłuchiwać pretensje rodziców. Poza tym, dlaczego oni ciągle czegoś ode mnie chcą? W końcu dopiero zaczęły się wakacje, chyba mogę trochę później wracać, nie jestem już dzieckiem do jasnej cholery! Hmmm, może jednak, żeby choć na razie mieć ich z głowy to zadzwonię do Jesse’iego, poproszę go, żeby powiedział, ze byliśmy razem na spacerze, musieliśmy ułożyć kilka spraw … Jakoś mu się kiedyś odwdzięczę. Dobra koniec z moimi myślami. Szłam sobie powoli, kiedy zobaczyłam mojego rok starszego kuzyna. Dawno go nie widziałam, więc się przytuliliśmy. W tej chwili zauważyłam robiącego paparazzi. Co on mnie kur** śledzi?! Przecież jak Justin to zobaczy, to sobie pomyśli, że… O ja pierdziele. I co ja mam teraz zrobić? Pobiegłam szybko za nim, ale oczywiście znając moje szczęście… nie zdążyłam oczywiście, bo odjechał czarnym mercedesem. Muszę do niego zadzwonić. Albo nie, udam, że nic nie wiem. Od tej pory byłam wprost kłębkiem nerwów. Kompletnie nie wiedziałam jak się zachować. Wróciłam do domu. Było koło 21:00. Weszliśmy razem z Jesse’im żeby nie było. Na szczęście nic nie powiedzieli. Od razu chciałam wejść do pokoju, ale mama mnie zatrzymała mówiąc:
- O nie, moja panno! Ja wiem co kombinujesz. Nie myśl sobie, że codziennie będziesz sobie chodzić gdzie chcesz. Patrzyłam dzisiaj przez okno jak szłaś. Nie wmówisz mi, że szłaś z bratem, bo widziałam jak dołączył do ciebie dopiero przed domem. Nie odejdziesz stąd dopóki mi wszystkiego nie powiesz - wykrzyczała mi prosto w twarz ze złością. Nagle zadzwonił mi telefon. To był Justin.
- Posłuchaj mamo, wszystko Ci wyjaśnię tylko odbiorę dobrze?
- Nigdzie nie pójdziesz, a tak w ogóle to kto dzwoni?
- Yyyy, koleżanka… Wiesz.. Ta Jessica, ze szkoły.
- Pokaż.
- Sądzisz, że kłamię?
- Przecież jakbyś nie kłamała gówniaro to byś mi pokazała, w tej chwili daj mi swój telefon.
- Nie! Nie masz prawa! Ja ci do twojego nie zaglądam, to jest moja prywatna sprawa! – matka nie wytrzymała, wyrwała mi telefon, zobaczyła kto dzwoni i strzeliła mi z całej siły w twarz.
- Suka – powiedziałam.
- Słucham? Coś ty do mnie powiedziała głupia dziwko?! Do własnej matki? W tym wieku już się szmacić, wstydziłabyś się – teraz to się naprawdę wkurzyła. A właściwie wkurwiła.
- Masz szlaban na komputer, telewizor do końca wakacji, a nie chcę widzieć Cię w domu później niż o 18! Marsz do swojego pokoju i żebyś mi się na oczy nie pokazywała!
Popłakałam się i pobiegłam do swojego pokoju. Jak ona mogła tak o mnie powiedzieć. Ale teraz muszę zadzwonić do Justina i wszystko mu wyjaśnić. Dzwonię. Pierwszy sygnał.. Boże co ja mu powiem.. Drugi sygnał… Może nie odbierze… Trzeci sygnał… CHOLERA!
- Justin? Dzwoniłeś? – zaczęłam jakby nigdy nic.
- Tak. Dzwoniłem. Nie udawaj, że nic się nie dzieje. Widzę, że się świetnie bawisz.
- Przecież jesteś chyba w domu no nie? Swoim domu..
- Nie udawaj głupiej… Wiesz.. Szedłem obok kiosku z prasą i rzuciło mi się w oczy.. Hmmm.. Co to było? A tak. TWOJE ZDJĘCIE Z JAKIMŚ DUPKIEM! On mógłby mi co najwyżej stopy masować. Kochasz go? Powiedz. Długo to trwa? Czemu mi to robisz? Ja cię kocham, a ty tak ranisz – wtedy usłyszałam łzy.
- Justin! Zamknij się. Daj mi ci coś wytłumaczyć.. – w tym momencie mi przerwał.
- Co? Często to robisz? Wszystkim już to robiłaś? Podła jesteś. Mówił ci to ktoś już? Nie? To ja może będę pierwszy…
- Do jasnej cholery. Przestań szczekać i daj mi coś powiedzieć. Ten chłopak to mój kuzyn. Dawno się nie widzieliśmy. Nazywa się George. Pamiętasz? Był w moim albumie zdjęć. Tak, w tym który przeglądałeś. Pamiętasz?
- Wiesz.. Prawie ci uwierzyłem. Nawet może bym uronił łzę, ale już dzisiaj sikałem i wiesz… Odwodniłem się trochę..
- Co to za teksty? Justin, ja cię kocham. Nie rozumiesz tego? Jak możesz mi tak nie ufać? A ja ci tak mocno zaufałam..
No i się rozłączyłam. Nie wiem co on poczuł, ale nie obchodzi mnie to. Jak on może mi tak nie ufać. I to tuż przed moimi urodzinami.. Siedziałam tak na kanapie kiedy usłyszałam pukanie w okno. To Bieber. Wpuściłam go.
- Co ty tu robisz? – spytałam.
- Przepraszam.
Wtedy rzucił się na mnie. Żeby mnie przytulić oczywiście. Nie odzywałam się. On też milczał. W tym momencie wyciągnął coś z kieszeni. To był wisiorek z dużym sercem i napisem One Less Lonely Girl.
Coś w tym stylu, ale było naprawdę duże i to nie był jakiś zwykły breloczek, był na pięknym łańcuszku i właściwie niepodobny do tego breloka u góry. :D haha, nie wiem po co go tu pokazuję.. :D
Powiesił mi go ostrożnie na szyi, spojrzał głęboko w oczy i wyszedł oknem, nie odzywając się. Ja i tak wszystko rozumiałam. Zaczęłam się kręcić w kółko i uśmiechać do tego naszyjnika, gdy moja mama wyważyła drzwi.
- Ktoś tu był? Słyszałam rozmowy – odparła.
- Nie mamusiu. To Jesse rozmawiał przez komórkę.
- Jego nie ma w domu.
- No to nie wiem…
- Dobrze. Tym razem ci uwierzę.
Już miała wyjść gdy zauważyła naszyjnik. Zerwała mi go z szyi. Nie wiem co potem się działo. Szargały mną emocje. Pamiętam, że krzyczałam: Mamo, nie! Wiedziałam, że znowu będę miała lipę po tym co zrobię, ale pomimo to pod wpływem emocji to zrobiłam. Mama położyła naszyjnik na szafce w kuchni. Wiem, bo zawsze wszystko tam chowa. Jak była w łazience, a tata pojechał na zakupy zabrałam łańcuszek i wymknęłam się tylnymi drzwiami w kuchni. No pięknie. Idę obok okolicznej kawiarenki, zaglądam do środka, patrzę, a tam.. Justin z jakąś lafiryndą. Zagryzłam wargi. Zauważył mnie. Wybiegłam. Założyłam kaptur. Włożyłam do uszu słuchawki od mojej mp4-ki i schowałam ręce do kieszeni. Włączyłam sobie Billy Talent - Nothing to Lose i zaczęłam biec, bo wiedziałam, że Bieber mnie goni. Przebiegłam przez całe miasto. Dobiegłam do jakiegoś pola. Położyłam się na trawie i zaczęłam płakać. Nagle poczułam wibracje w kieszeni. To mój telefon. Justin dzwonił. Odrzuciłam rozmowę i rzuciłam telefon daleko, żeby mi nie przeszkadzał. Patrzyłam na chmury. Wyłączyłam muzykę. Teraz słuchałam jak psy szczekają. Zdjęłam z szyi naszyjnik i zauważyłam, że to serce się otwiera. Otworzyłam więc. W środku były dwa zdjęcia: moje i Justina. W pewnej chwili wiatr porwał fotografię Biebera i odwrócił ją na drugą stronę. Z tyłu był napis: „Forever together, Shawty! I love You!” Poczułam w brzuchu jakieś takie.. motyle. Wstałam. Nie wiedziałam co robić. Zaczęłam szukać telefonu. Znalazłam. Justin ciągle dzwonił. Odebrałam. Musiałam dać mu szansę. Za bardzo go kochałam, żeby teraz go stracić. Na początku rzeczywiście, byłam na niego wściekła, ale w końcu mogło być z nim tak samo jak ze mną. No więc odebrałam i zaczęłam:
- Tak słucham? – byłam tak zapłakana, że prawie nie było mnie słychać.
- Vergia? Czy to ty? Proszę Cię, zanim zaczniesz cokolwiek mówić posłuchaj… - chciał kontynuować, ale mu przerwałam.
- Nie, to ty najpierw posłuchaj. Na początku byłam na Ciebie bardzo wściekła, ale kiedy zobaczyłam napis na wisiorku, coś we mnie pękło. Za bardzo mi na Tobie zależy i Cię kocham, żebym tak cierpiała nie wiedząc nawet, co masz do powiedzenia, tylko proszę, nie mów mi, że… Że mnie już nie kochasz. Nie zniosłabym tego. Yyyy, wiesz co przyjdź do mnie teraz, jestem na polu. Wiem, że jest już późno, ale proszę Cię. Jeżeli nie przyjdziesz, to chyba nie będę taka silna i… odbiorę sobie życie.
- Oczywiście kochanie, nie martw się, zaraz będę, pamiętaj, szaleję za tobą i kocham Cię. Pa.
- Pa…
Kiedy tylko słyszę jego głos od razu robi mi się cieplej na sercu. Nie wyobrażam sobie bez niego życia. Po prostu nie. A kiedy go widzę, dotykam, przytulam to omal nie dostaje samorzutnego orgazmu. Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że on jest zawsze przy mnie kiedy tego potrzebuję. Nie minęło 10 minut, kiedy szedł w moją stronę. Odwróciłam się i rzuciłam się w jego ramiona. Nie mogłabym go stracić. Nie teraz, nie wtedy i nie w przyszłości.
- Hej, nie mogłam się doczekać aż przyjdziesz.
- Przecież wiesz, że nie mógłbym Cię zostawić samej, a już na pewno nie dla innej. – powiedział opiekuńczym głosem.
- No wiem, ale przecież mógłbyś spotkać lepszą, ładniejszą i starszą, bardziej doświadczoną no wiesz…
- Nie ma ładniejszej i lepszej od Ciebie. Ty jesteś moją idealną wariatką. Zapamiętaj to sobie. I nie waż mi się zabijać. Bo wyjdzie jak w Romeo i Julii A chyba tego nie chcesz? Bo ja nie chce tak skończyć! Chociaż nie wahałbym się oddać za ciebie życia.
- Ja za ciebie też nie, ale przysięgnij mi, że mnie nie opuścisz.
- Przysięgam. Nawet mogę to przypieczętować. – powiedział. Już wiedziałam co ma na myśli mówiąc „Mogę to przypieczętować”. Przysunął się do mnie jeszcze bliżej. Wsadziłam swoje palce w jego czuprynę. On złapał mnie w pasie i namiętnie pocałował.
To było piękne, a ja znowu poczułam się jak w niebie. Potem poszliśmy do domu, bo zrobiło się już późno. Nigdy tego nie zapomnę. Ciekawe, jaka będzie reakcja rodziców…

