niedziela, 29 stycznia 2012

The 25th Chapter

Tego dnia zbudziły mnie oczywiście jak zwykle.. WIBRACJE W TELEFONIE, który musiał skrobać w parapet akurat wtedy, kiedy śniły mi się jebane jednorożce z plasteliny.. Bywały lepsze sny, ale nie będę zbyt wiele wymagać. Przynajmniej miałam do kogo się przytulić przez sen. Dobra. Ospale się podniosłam z łóżka i podeszłam do okna. Wzięłam telefon do ręki i spojrzałam na ekran.
- Kurwa! Nic nie widzę.. – powiedziałam sama do siebie. Dobrze, że nikt nie słyszał.
Odebrałam.
- Vergia, co ty jeszcze spałaś? Już 13.00…
- No kurde, Szlachta śpi do 12.00, Hipsterzy do 11.21, a Milordzi do 14.00..
- Rozumiem, że ty to pieprzona arystokracja, bo spałaś do 13.00, tak? Bo ja to chyba plebs jak się obudziłam o 9.34.
- Aleś ty dokładna.. Wgl to.. co tak wcześnie dzwonisz? Coś się stało? – ziewnęłam i skierowałam się do łazienki.
- Nie no teoretycznie nic.. Tylko.. Wiesz, bo ja chodzę na ten kurs fotografii, bo chcę zostać fotografem, no nie?
- No i..? – już wiedziałam, że coś ode mnie chce..
- Bo.. Mam okazję.. pewną.. Wygrałam konkurs Vogue i mam im zrobić zdjęcia na okładkę..
- No i…?
- No i właśnie.. Jest zima i muszę zrobić zdjęcie dziewczyny, przebranej na biało i pomalowanej, no i.. Ze skrzydłami anielskimi.. Wiesz..
- No i co do cholery ja mam z tym wspólnego?! – spytałam głośniej, napuszczając sobie wody do wanny.
- No i chcę, żebyś mi pozowała do zdjęć. Bo jak wiesz jestem ‘czarna’ i ja nie mogłam grać anioła.. Poza tym ja muszę stać za obiektywem.. Więc wiesz..
- A jak bardzo ci na tym zależy?
- Bardzo, bardzo.. – powiedziała słodkim głosem.
- Ale przecież ja się do tego nie nadaję.. Dobrze wiesz, że nie umiem i nie lubię pozować do zdjęć.
- Nadajesz się. Może po prostu nie chcesz, bo jednak jesteś rasistką.. Jak ja ci byłam potrzebna to jakoś..
- Dobra, dobra! Zrobię co chcesz tylko nie marudź mi tu.
- Dzięki. Kocham cię!



Rozłączyła się, a ja znowu zrobiłam face-palm. Położyłam telefon na półkę w łazience i zakręciłam kran. Zamknęłam drzwi od łazienki, rozebrałam się z piżamki i weszłam do wanny. Ale się tam wymoczyłaaam! No dobra, mniejsza o to. Kiedy już wyszłam w ręczniku oczywiście od razu się skierowałam do garderoby. Założyłam to:
I zeszłam na dół.
- Yy.. Tata? – spytałam pewnego pana, który siedział z Marlonem i mamą w salonie.
Ucieszył się jak mnie zobaczył.
- Tak, tak. Tata.
Wstał, a ja podbiegłam do niego i się wtuliłam. Oczywiście musiałam się trochę podrapać w szyję jego zarostem, ale nieważne.
- Postanowiliśmy, że jednak zostaniemy na Sylwestra w domu. Calvin przyszedł cię odwiedzić i zaproponował, żebyś w Trzech Króli nocowała u niego, bo akurat ma wolne.
- A.. Przepraszam, że pytam.. Ale gdzie pracujesz, tato?
- Słyszałem już, że masz lekką amnezję.. Taak.. Pracuję w radiu. W Trzech Króli od dziesiątej do jedenastej mam wywiad z LMFAO, a potem już jestem wolny. A skoro to piątek.. To możesz u mnie nocować przez weekend – uśmiechnął się.
Znów się w niego wtuliłam. W końcu dawno go nie widziałam.
- Miodnie, że tak powiem - odrzekłam
Zaśmialiśmy się. Potem wróciłam znowu na górę. Włączyłam youtube i zaczęłam oglądać film o rzekomej polskiej nazwie „Dojrzewanie”.. Ciekawy film.. Ale oczywiście Kelly przerwała mi oglądanie, wparowując jak poparzona do mojego pokoju z jakąś walizką.
- Yy… Że przepraszam bardzo, co to ma być?!
- No w tej walizce jest twój strój i puder i biała farba do włosów i wgl…
- Said whaaaat?! – wystraszyłam się.
- No co taka podziwiona?
- O farbowaniu włosów to ty mi nic nie mówiłaś, kobieto!
- A tam. Wiem, że się zgadzasz – zaśmiała się.
- Nie. Będę się czuła zmolestowana.
- Zmolestowana to się czuła twoja matka jak się dowiedziała, że jest w ciąży.
Zrobiłam -_-..
- Dzięki, wiesz?
- Ale za co?
Znowu zrobiłam -_-.
- Za poniżanie mnie, kurwa! A za co niby?
- Oj, tam. Oj, tam. Aha! I jak już cię przebierzemy to pójdziemy na tą sesję do opuszczonego, starego pałacu.
- Jakiego pałacu? Gdzie to jest?
- No u nas. Znaczy w naszym mieście…
- Ale gdzie dokładniej?
- No.. – ściszyła głos. – Niedaleko domu Biebera..
- Co?! O nie, nie, nie.. To możesz zapomnieć o tej okładce w Vogue..
- Oj, no proszę cię. Przecież go nie spotkamy..
- Dobra, zrobię to dla ciebie, jako, że jesteś moją przyjaciółką. Ale miejmy nadzieję, że rzeczywiście go tam nie spotkamy, bo wiesz, że ciężko takie spotkania znoszę…
Przemilczała to, a ja szybko zamknęłam laptopa. Najpierw poszłyśmy przefarbować moje piękne szatynowe włosy na biało. Potem je wysuszyłyśmy i założyłam białą, zwykłą suknię.. 




Taką specjalnie, żeby nie było.. Anioły to się raczej nie wywyższają, tylko chodzą jak w jakiejś Judei.. biała szmatka na głowę i gotowe. Potem mi przypudrowała policzki na biało. Usta takim w sumie trochę dziwnym, bo szaro-srebrnym błyszczykiem maznęłam. Powieki też na biało i me długie rzęsy. Kelly wzięła aparat i zeszłyśmy na dół. Założyłam cieplutkie kozaki na moje szare, grube rajstopy z Calzedonii..
- Pa, mamo. Idziemy zrobić te zdjęcia! – krzyknęłam, a zza ściany wychyliła się głowa Marlona.
- A ze mną to się nie pożegnasz? – zaśmiał się.
- A, tak. Pa, Marlon.. znaczy.. ojczymie.. – oboje zrobiliśmy -_-. – Tsaa.. Może lepiej już pójdę.. – powiedziałam śmiesznie i wyszłyśmy. Oczywiście po drodze wszyscy się na mnie gapili, bo musiałyśmy iść przez centrum miasta. Przeszłyśmy obok domu Biebera, któremu uważnie się przyjrzałam przez płot.
- Co tak paczysz? – zaśmiała się Kelly.
- A nic, nic.
- No to chodźmy! – zawołała mnie.
Odwróciłam wzrok od jego domu i prędko dogoniłam Kelly. W końcu dotarłyśmy do tego pałacu. Zrobiłyśmy kilka zdjęć w zamku, kilka na dworze w śniegu. Niestety musiałam zdjąć kozaki do tych zdjęć. Więc udawałam Anioła i pozowałam do tych jej zdjęć. Co chwilę się śmiałyśmy. Jak to my. Wariatki. W końcu, gdy już zaczęło się ściemniać, skończyłyśmy robić zdjęcia. Skierowałyśmy się w stronę mojego domu. Stanęłam znowu pod płotem domu Justina.
- Kel.. Wiesz.. Może już wracaj do siebie, a ja jeszcze chwilę się przejdę.
- Jak chcesz.. – przegryzła dolną wargę. – Ale nie rób nic głupiego – uśmiechnęła się i założyła mi na szyję swój welurowy, ciepły szalik.
- Jutro mi go oddasz. Ważne, żeby ci było ciepło – uśmiechnęła się znów i poszła do domu.


Mnie coś podkusiło, żeby włamać się do domu Biebera i chociaż raz ponownie na niego spojrzeć. Jeden, jedyny raz. Więc kiedy było pusto na ulicach wdrapałam się na pobliskie drzewo i weszłam na murek. Przeskoczyłam spokojnie i bezszelestnie na teren hacjendy Justina. Po cichu przemieściłam się na jego balkon po werandzie. Wtedy zapaliło się światło w tym pokoju, przy którym był balkon. Zobaczyłam Go. Był strasznie przygnębiony. W ogóle miał na sobie niewyprasowaną koszulkę bez rękawów.. białą.. Ten biały to mnie dzisiaj chyba prześladuje. 








Justin pił mleko. Zadzwonił jego telefon. Spojrzał na niego. Rzucił nim o ścianę i wpadł w histeryczny płacz. Ale szybko otarł łzy, bo przyszedł do niego Chaz. To oni się jednak dalej przyjaźnią.. Usiedli razem na kanapie. Długo była cisza. Chaz zauważył chyba jego rozwalony telefon, bo spytał:
- Znowu ta suka dzwoniła?
- Tak.
- Nie odpuści ci? Za kogo ona się kurwa uważa?
- Nie wiem. Ale ja już nie daję rady normalnie. Nic tylko strzelić sobie w łeb – westchnął Justin i przytulił się do poduszki.
- No daj spokój. Jakoś to będzie. Bez przesady.




Potem nie słyszałam o czym mówili, bo jakiś debil zaczął kosić trawnik. W końcu Chaz wyszedł, a Justin zaczął zbierać resztki telefonu do jakiegoś pudełka. Zawiał silny wiatr. Justin podszedł do drzwi od balkonu, żeby je szczelniej zamknąć. Ja się spłaszczyłam przy samej ścianie, żeby mnie nie zauważył. Widziałam kawałek jego profilu. Patrzył w Księżyc. Był bardzo blisko mnie. Na szczęście mnie nie zauważył.
- Boże.. Czemu mi to robisz? Nie dość, że ta popierdolona Selena nie zgadza się na publiczne zerwanie i chce mnie wrobić w dziecko.. To jeszcze.. Ta dziewczyna.. Mój „Anioł”… Ona mnie nie chce.. – po policzku spłynęła mu kolejna łza i zamknął drzwi.
Poczułam się okropnie. On cierpi. Przez Selenę i przeze mnie.. A przecież podobno nie jestem taką suką jak ona..
Zeszłam na dół i zapukałam do jego drzwi. Nie otwierał. Chyba miał dosyć gości. Zgasił światła. Już miałam wyjść, kiedy zobaczyłam jakąś kartkę w jego basenie. Wyłowiłam ją. Dowiedziałam się z niej, że w tym pałacu, w którym robiłyśmy zdjęcia będzie przyjęcie sylwestrowe, na które pójdzie Justin. To była moja ostatnia szansa.
Wróciłam do domu. Wszyscy już spali. Wykąpałam się i ubrałam w ciepłą piżamkę. Schowałam przebranie Anioła do walizki, którą Kelly u mnie zostawiła. 




Położyłam jej szalik obok komórki na parapecie i usadowiłam się na łóżku. W krótkiej chwili zasnęłam, bo byłam bardzo zmęczona. Zwłaszcza, że dochodziła już druga nad ranem.
Obudziłam się ok. godziny dziesiątej. Zjadłam śniadanie wspólnie z Hawkiem, mamą i Marlonem.
- Mamo.. – zaczęłam. – No bo.. Wiesz.. Mogę iść dzisiaj na Sylwestra z Kelly?
- A gdzie chcecie iść?
- Do tego pałacu.. Wiesz..
- Nie. Nigdzie nie idziesz. Tam będzie ten dupek, który cię potrącił. Poza tym za młoda jesteś.. Zresztą.. Będzie tam pewnie wielu chłopców, którzy tylko czekają na taką okazję – mówiła spokojnie, nie patrząc w ogóle na mnie, tylko wkładając talerze do zmywarki.
- Ale mamooo.. – zaczęłam jęczeć jak 6-letni bachor.
- Powiedziałam coś! – krzyknęła i się na mnie groźnie popatrzyła.
- Ja nie mogęęę – rzuciłam, wstając od stołu i robiąc hałas krzesłem. Ehh.. ‘Ja nie mogę’ zawsze zastępuje ‘Ja pierdolę’ w rozmowie z rodzicami. Bynajmniej u mnie to są synonimy.
- Nie jęcz tyle. Musisz się słuchać Florence. Ona ma rację. A jak się nazywasz?
- Co? No.. Vergia..
- A jak masz na nazwisko?
- Mirage..
- A po kim masz to nazwisko?
- Jezuu.. No po mamie.
- Nie bluźnij. Skoro masz nazwisko po mamie to masz się jej słuchać – zakończył Marlon.
Wychodząc z jadalni jeszcze po cichu powiedziałam sama do siebie: „Będę miała nazwisko po mężu to wymyślą jakąś inną wymówkę.. Ja pierdolę..” Nikt oczywiście nie usłyszał. 


Poszłam na górę. Walnęłam się na łóżko i przytknęłam poduszkę do twarzy. Zaczęłam do niej wrzeszczeć. Jak już się wykrzyczałam opadłam z sił na brzegu łóżka i zaczęłam przeglądać zdjęcia na komórce. Wysłałam Kelly sms’a, żeby przyszła po szalik. Wtedy wszedł Hawk.
- Po co ty chcesz tam iść? Nie dość się nacierpiałaś? – pytał troskliwie.
- Nie dość. Ja go kocham. I on też mnie kocha. Muszę coś zrobić, żeby tam pójść.
Westchnął głośno, przewrócił oczami i podszedł do mnie. Usiadł obok mnie na łóżku.
- Tylko żebyś potem nie żałowała i nie zwalała winy na mnie. Pomogę ci się wymknąć na tą imprezę.




Rzuciłam mu się na szyję.
- Kocham cię, Hawk! Normalnie cię kocham, bro!
- Przestań, bo jeszcze zmienię orientację – zaśmiał się.
- Ale.. właściwie to jak chcesz mi pomóc? – podeszłam do parapetu i wzięłam szalik Kelly.
- No jeszcze nie wiem. Na pewno pomogę ci się przygotować. I będę najwyżej ukrywał przed rodzicami fakt, że cię w domu nie ma.. Przynajmniej spróbuję.
- Boniu.. – byłam gotowa się rozpłakać. – Dziękuję ci..
Kelly jak zwykle wparowała do pokoju jak burza. Założyłam jej szalik na szyję i się uśmiechnęłam.
- Musimy się przygotować.. – szepnęłam.
- Po co? Gdzie? Przecież nie możesz nigdzie iść. Jak Flo mi otworzyła drzwi to od razu mi powiedziała, że nigdzie nie idziemy. Nawet nie wiedziałam, że zamierzałyśmy gdzieś iść..




- Ale idziemy – przygryzłam język i puściłam oczko Hawk’owi. – Chwila.. Jaka Flo?
- Twoja mama – Florence. Pamiętasz jeszcze, że masz mamę?
- A sory, bo nie zajarzyłam.
Zaczęły się przygotowania. Przebrałam się znów w Anioła, bo skoro on mnie tak nazwał to musiałam tak wyglądać. Poza tym to bal przebierańców. 




Kelly się przebrała za diabła, ale takiego zajebistego, nie takiego co czyni zło i niszczy ludzkie życia. Miała na sobie czarną sukienkę i czarne buty, na głowie opaskę z diabelskimi rogami. Ja byłam ubrana tak samo jak wczoraj tylko, że suknię założyłam nieco inną. Hawk nas uczesał, bo jest fryzjerem. Oczywiście włączył kamerę i nas nagrał jak już byłyśmy przebrane i nas czesał.. Bo prowadzi podcast w Internecie i.. wiecie… Musiał. Hehe.
Potem poszliśmy do mnie do pokoju. Hawk pilnował rodziców na dole i powiedział im, że źle się czuję, żeby czasem nie przyszli i nie zastali pustego łóżka. Razem z Kelly zrzuciłyśmy poduszki z mojego siedzenia przy oknie. Otworzyłyśmy okno i ona pierwsza wyszła na daszek. Zeskoczyła na ośnieżony trawnik przed domem. Wtedy była moja kolej. Zgasiłam światło w pokoju i wystawiłam jedną nogę na daszek. Potem drugą. Było mi ciężej zeskoczyć z daszku, bo miałam białe buty na obcasie, 
a Kelly czerwone glany.


Ale jakoś dałam radę, bo moja kochana przyjaciółka mnie złapała, kiedy spadałam na trawnik i tak mocno nie przyrżnęłam. Mogłam zdjąć buty do tego skoku, ale było pełno śniegu i byłoby mi strasznie zimno w nogi.
Hawk pomachał nam z okna. Odmachałyśmy mu oczywiście i poszłyśmy na ten bal maskowy, mijając znów dom Justina. Pałac był zajebiście udekorowany. Podeszłyśmy do bramki, przy której stał Kenny. Nie wpuszczał wszystkich ludzi, bo mieli tam być tylko bogaci i sławni. W końcu nadeszła kolej na nas. Spojrzał na Kelly.
- Niestety.. nie mogę was.. – popatrzył na mnie i na moje zaszklone oczy. Złapał za ten sznurek i już nic nie powiedział tylko nas wpuścił. Obserwowałam jego ruchy z otwartymi ustami, bo nie wierzyłam, że nas wpuścił. Jakby tego nie zrobił znowu musiałybyśmy się przeciskać przez kraty w oknach. Uśmiechnęłam się do niego i weszłyśmy. Sala była już praktycznie cała zapełniona. Byli tam wszyscy, którzy powinni być. Nawet One Direction, Eminem. Celine Dion, Wiz Khalifa, Ke$ha.. Wszyscy. Była taka scena w końcu ogromnej sali. Wszedł na nią Never Shout Never.. Ten koleś z gitarą haha. Uwielbiam go. Zaczął śpiewać Can’t Stand It, a my ruszyłyśmy w głąb sali, szukając Justina. Było tam tyle ludzi, że ze strachu przed zdeptaniem trzymałam Kelly za rękę. W pewnym momencie nas od siebie „oderwano”. Zepchnęli Kelly gdzieś na drugi koniec sali i zostałam sama. Ale dobra.. Muszę się skupić na moich marzeniach, bo to do nich dążę całe życie. Bez nich to tylko biologia: wegetacja, spanie, jedzenie..
Kręciłam się w kółko przestraszona, gdy zobaczyłam tą szmatę.. Selenę. Never Shout Never przestał śpiewać i zszedł ze sceny, a weszła tam Selena, Justin stał tuż przy schodach na scenę i ją zatrzymywał, żeby tam nie wchodziła, ale ona weszła i stanęła przy mikrofonie. Popukała w niego kilka razy, żeby sprawdzić czy działa.




- Raz, dwa.. Słychać mnie. Posłuchajcie, mam wam do powiedzenia coś ważnego. Właściwie to Justin i ja mamy wam coś do powiedzenia – puściła wszystkim swój udawany, sztuczny uśmiech. Nigdy go nie zapomnę. – Otóż.. – spojrzała na swój brzuch. – Jestem w ciąży.. z Justinem. Justin, chodź tu – przywoływała go ręką, jemu się w oczach zbierały łzy, skierował się w stronę takiego dużego kamiennego balkonu ze schodami. Przebiegł przez drzwi.


- Oj, chyba Justin bardzo to przeżywa. Ale.. tak się cieszę z powodu tego dziecka..
Wszyscy, oprócz mnie zaczęli bić brawo i się głupio, naiwnie cieszyć, a ja pobiegłam.. Podreptałam właściwie, bo miałam te buty na nogach.. Podreptałam w stronę drzwi, przez które wyszedł Justin. Wyszłam. Zobaczyłam go całego we łzach. Był odwrócony w stronę Księżyca. Zbliżyłam się do niego. Przetarł łzy i się odwrócił, żeby wrócić na salę. Wtedy po raz pierwszy tej nocy zobaczył mnie. Jego policzki były sine od łez. Po prostu w ciszy na siebie patrzyliśmy. Uśmiechnęłam się do niego.
- Justin.. Ja.. Nie mogłam o tobie zapomnieć.. Po prostu nie mogłam.
Uśmiechnął się.
- Kocham cię.. – szepnął.
Złapałam go za rękę i zaprowadziłam na tą salę. Leciała właśnie piosenka The Like – He’s Not A Boy. Poprowadziłam go za rękę na parkiet. Cały czas się do mnie uśmiechał. Kiedy już byliśmy na środku, przyciągnęłam go do siebie zaczęliśmy tańczyć. Nie spuszczał wzroku od moich oczu, jakby oprócz nich nie było niczego innego na świecie. Piosenka się skończyła i poleciało The Rasmus – October & April… Zwolniliśmy tempo. Wtuliłam się w jego silne objęcia i położyłam głowę na jego ciepłym ramieniu. Pocałował mnie w ucho, bo do niego akurat miał dostęp, że tak powiem. Bujaliśmy się powolutku. W bardzo wolnym tempie. Jego ręką cały czas wodziła po moich plecach, a ja tylko ruszałam nogami. Zamknęłam oczy i trwałam z momencie. Szczerze? Był to chyba mój pierwszy taniec z chłopakiem. Bynajmniej pierwszy z chłopakiem, którego kocham. Była w tym magia większa niż w Harry’m Potterze :) Magia była w nas. I w naszym tańcu. Magia była w jego zapachu i w jego stroju. A tak! Nie wspomniałam. Był przebrany za rycerza. Mojego rycerza. Miał na sobie zbroję. Byliśmy jak.. Romeo i Julia.. Według filmu z Leonardem DiCaprio.. Ja jako Julia – Anioł, a Justin jako mój magiczny Romeo..
Tak przetańczyliśmy calutką resztę nocy. Została w sumie minuta do północy. Wyszliśmy znowu na ten balkon. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Justin posadził mnie na balustradzie.
- A teraz.. Pozwólmy marzeniom się spełnić – szepnął mi cichutko do ucha.
Goście zaczęli odliczać, a Justin połączył ze sobą nasze wargi.
10.. 9.. 8.. 7.. 6.. 5.. 4.. 3.. 2.. 1.. HAPPY NEW YEAR!




Wszyscy wybuchli szczęściem, a my nie przerywaliśmy pocałunku. W powietrzu uniósł się zapach petard. Wszędzie były fajerwerki. Rozjaśniło się całe niebo. Ludzie wybiegli z pałacu i parzyli na gwiazdy, na niezwykłe kolorowe ogniki, które wiją się między gwiazdami na niebie. Wszystko było takie magiczne, że musiałam się uśmiechnąć podczas tego pocałunku. Wtedy odsunęliśmy od siebie nasze usta. Jedno spojrzenie w oczy..
- Jesteś moim rycerzem.. – powiedziałam do niego.
- A ty moim Aniołem.. – uśmiechnął się do mnie.
Wtulił się w moje ciepłe ciało, a ja położyłam głowę na jego ramieniu ponownie. W sumie stał między moimi nogami, bo posadził mnie przecież na balustradzie.
Zobaczyłam Selenę, zobaczyłam Beyonce i Jaya-Z z ich maleństwem. Spojrzałam na tatę Justina, który stał ucieszony obok Seleny i jego mamę.. znaczy Pattie. Słyszałam jak wszyscy się cieszyli z tego, że Selena „jest w ciąży”. Jeremy był w niebie.. Patricia tuliła się do Seleny. Wszyscy jej wierzyli. Wszyscy byli w niej zauroczeni. Poczułam się dziwnie. Przecież.. Oprócz Justina nikt nie wiedział o moim istnieniu. A oni chcieli, żeby był z Seleną.. Więc właściwie.. Dlaczego on stał tam ze mną? Przecież to nie ja byłam jego aniołem.. To Selena nim była..
Odepchnęłam Justina od siebie, zdjęłam buty i zeskoczyłam z balustrady, podwinęłam sukienkę i zaczęłam biec. Biegłam po schodach na sam dół. Były zimne. Wszędzie był śnieg. 
Nie miałam na sobie żadnego swetra, ani futerka.. żadnej kurtki. Ale biegłam. Nie odwracałam się. Z oczu zaczęły mi lecieć łzy. Dobiegłam do mostu. Do tak zwanego „Mostu Miłości”. Tak, zakochani wieszają tam kłódki na dowód swojej miłości. Zawsze chciałam taką zawiesić.


Stanęłam przy barierce. Justin mnie dogonił. Spojrzałam na niego cała zapłakana.
- Czemu uciekasz? Czemu mi to robisz? – spytał, a ja zdjęłam zła na siebie skrzydła z moich pleców. Milczał. W końcu krzyknęłam, zalewając się coraz bardziej łzami:
- Nie jestem twoim aniołem! Nie jestem niczyim aniołem! Nie jestem aniołem!
Z ust leciała mi para wodna. Byłam strasznie przemarznięta. W tym momencie przegryzłam dolną wargę i rzuciłam skrzydła do wody. Justin zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Gdybym wiedziała, że to zrobi to bym ich tam nie rzucała. Co zrobił? Skoczył za nimi. Do tafli wody było kilkadziesiąt metrów, więc mógł się zabić. Poza tym było ciemno i nie było widać jakie cholerstwa tam pływają.. A poza tym.. Zima.. Woda zamarzła jak ta w Titanicu. Krzyczałam za nim: „Justin! Nie!” Ale było już za późno. Płakałam jeszcze bardziej. Kelly przybiegła do mnie.
- Kurwa! Skoczył tam! Rozumiesz to?!! Skoczył debil!! Czemu on mi to zrobił?!! – krzyczałam na nią, a ona mnie przytuliła.
- Ćśś.. Już, spokojnie. Będzie dobrze. Musimy zadzwonić po kogoś. Zresztą.. On sobie poradzi.. Ćś..
Pocieszała mnie i ogrzewała. Narzuciła mi na plecy jakieś futro. Dobrze wiedziała, że mnie okłamuje. Po tym skoku nie mogło mu się przytrafić nic dobrego. Mógł umrzeć. Szybko zadzwoniłyśmy pod 112, do jego rodziców i wgl. Przy okazji zobaczyłam, że mam 7 nieodebranych połączeń od mamy i Marlona, jedno od Hawka i jedno od taty.
Justin wylądował przemarznięty bez czucia w ciele w szpitalu. Płakałam do rana, nie słuchając rodziców, którzy byli na mnie wściekli, że tam wgl poszłam. Oczywiście odkryli, że mnie nie ma w pokoju kiedy chcieli mnie zawołana odliczanie. Hawk mnie bronił i w końcu udało mu się mnie wybronić pretekstem miłości, która miała tłumaczyć moje zachowanie.
O siódmej wstałam i zbiegłam na dół, wzięłam jakieś jabłko, założyłam kurtkę i kozaki.. Tak, założyłam to na piżamę i pobiegłam do tego szpitala. Ugryzłam to jabłko tylko raz, ale nie zasługiwałam w tym momencie na słodycz jabłka. Wyrzuciłam je do kosza po drodze. Gdy dobiegłam na miejsce i kierowałam się do sali, w której był Justin napotkałam na korytarzu jego rodziców.
- To ona. To wszystko przez nią.. – płakała Pattie, pokazując na mnie.
- Nie chcemy, żebyś do niego chodziła, rozumiesz?! Nie chcemy cię znać. On przez ciebie milczy odwrócony do okna. Nie ma czucia w nogach i nie może teraz chodzić dopóki się nie rozgrzeje. Mogą mu te nogi nawet amputować, rozumiesz?! Mogą nam uciąć dziecko od pasa w dół! – krzyczał na mnie Jeremy.
Milczałam, zamknęłam się w sobie. Pattie mnie wypchnęła ze szpitala i powiedziała Kenny’emu, żeby mnie nie wpuszczał do Justina. Stałam pod tym szpitalem, gdy podjechała jakaś limuzyna. Wysiadła z niej Selena w dużym słomianym kapeluszu i okularach-muchach. Stanęła przede mną. Wokół zebrali się paparazzi i robili jej zdjęcia.. I tylko komentowali, że „oh.. jaka to ona zajebista nie jest! Odwiedza Justina w szpitalu, kiedy on cierpi..” FUCK! A cierpiał kurwa, dupa zjebana przeze mnie! To byłą moja wina.. No, ale z drugiej strony.. Patrząc obiektywnie.. To ja przecież nie wiedziałam, że on skoczy za jakimiś głupimi skrzydłami.
Selena rzuciła mi tylko kpiący wzrok spod okularów i poszła do środka. Stałam pod tym szpitalem cały dzień. Nie przesadzam. Marlon i moja mama akurat pojechali na urlop do Turcji, więc się o mnie nie musieli martwić. Hawk kilka razy dzwonił, ale mówiłam mu, że jestem u Kelly. Ona mnie oczywiście kryła.
Nocą już nie było paparazzich, Selena dawno wyszła. Weszłam do środka. Nie wiem sama jak to zrobiłam, ale żaden lekarz mnie nie widział i nie wyjebali mnie na zewnątrz.
Podeszłam do pokoju Justina, Kenny akurat spał, więc po cichu weszłam do środka. A tam już byłam bezpieczna. Stanęłam przy jego łóżku. Ściskał te moje skrzydła mocno w rękach i patrzył na Księżyc jak zwykle.
- Justin.. To ja.. – szepnęłam. Odwrócił się i uśmiechnął.
- Uratowałem je dla ciebie.. – podał mi te skrzydła.
Po policzku spłynęła mi łza. Serio?! Kurwa serio mógł zginąć, tylko po to, żeby uratować moje skrzydła?! Dla mnie? A kim ja wgl jestem?!
- Dobrze, Justin.. Ale cicho teraz.. Nic nie mów – przytknęłam mu palec do ust. – Mogłeś zginąć, idioto! Mogą ci amputować nogi! – krzyknęłam, na szczęście poza Justinem nikt tego nie usłyszał. On się tylko zaśmiał, a ja zaczęłam mu masować te nogi, żeby wróciło mu czucie. Owinęłam je bardziej kołdrą.
- Vergia.. Mam jedną prośbę..
- Jaką? Zrobię wszystko.. – powiedziałam.
- Połóż się obok mnie.
Zrobiłam o co prosił. Zdjęłam kozaki i kurtkę i położyłam się obok niego na łóżku. Przykrył mnie połową tej kołdry i przytulił do siebie. Objął mnie swoją ręką. Wtuliłam się w niego i zasnęliśmy.
Gdy rankiem się obudziliśmy Kenny stał przy łóżku. Wystraszyłam się, bo miał mnie nie wpuszczać do środka. Ale on się tylko do mnie uśmiechnął. Była tam też mama Justina z jego tatą i jakaś lekarka. Uśmiechnęli się do mnie. Spojrzałam na Justina, żeby się upewnić, że trafiłam do dobrej sali. Wtedy się obudził.
- Dzień dobry, panie Bieber – uśmiechnęła się do niego lekarka. Przeciągnął się i słodko ziewnął.
Wstałam z tego łóżka i stanęłam obok Kenny’ego.
- O co chodzi? Czemu się tak uśmiechacie? Przecież Justin może mieć amputowane nogi.. Nie macie czym się cieszyć – mówiłam.
- Mamy czym. Przyszłam właśnie, żeby go zabrać na stół operacyjny, ale.. – uśmiechnęła się lekarka. – Ale tej nocy, kiedy z nim spałaś ogrzałaś go ciepłem swojego ciała.. Zresztą jego psychikę też.. No i..
Podeszła do Justina łóżka i odkryła jego pościel.. Nie to, żeby poranna erekcja.. Haha. Odkryła pościel z jego nóg. Nie były już sine. Były normalne i wyglądały na ciepłe.
- Chyba ktoś tu uratował moje nogi.. – zaśmiał się Justin.
Rzuciłam mu się na szyję. Tuliłam go tak bardzo długo. Myślałam, że straci nogi. I nie mogłam uwierzyć, że to przeze mnie.. właściwie to dzięki mnie odzyskał czucie w nogach. Dzięki ciepłu mojego ciała. Dzięki mojemu 36.6 :) Ahh.. Wgl, jak to możliwe? Dobra, nie wnikam w te tematy. Ale przecież.. To nie Dr House.. No ja nie wiem… Najważniejsze, że Justin ma już zdrowsze nogi. Tylko trzeba będzie mu je masować przez tydzień i wygrzewać. Selena raczej tego nie zrobi, a ja nie mogę się z nim pokazywać.. Właściwie to on ze mną..