- Vergia, co robisz?
- Rozbieram cię.
- Skoro chcesz… Ale to zaraz. Teraz muszę cię pocałować, bo nie wytrzymam. Natychmiastowo potrzebuję bliskości seksualnej z tobą wiesz?
- No to na co czekasz.
- Nie wiem, chyba aż mi pozwolisz. Za bardzo cię kocham, żeby to na tobie wymuszać. Nie chce robić niczego wbrew Tobie.
- Nie robisz, przecież wiesz. Przecież byś o tym wiedział. Kupiłeś?
- Ale co? A tak, tak. Kupiłem.
- No to do roboty.
Nie zwlekał z tym dłużej. A ja akurat miałam na sobie sexy bieliznę.
Bałam się trochę, bo kiedy się do tego przygotowuję to nigdy nie wychodzi. To musi być niespodziewane, spontaniczne, gorące, impulsywne, takie pod wpływem emocji, uniesienia.
Bałam się trochę, bo kiedy się do tego przygotowuję to nigdy nie wychodzi. To musi być niespodziewane, spontaniczne, gorące, impulsywne, takie pod wpływem emocji, uniesienia.
Oczywiście mój kochany braciszek przerwał nam wchodząc do pokoju.
- Yyyy, przepraszam, nie przeszkodziłem?
- Spoko, jeszcze nie zaczęliśmy… Nic nie straciliśmy. Idę się wykąpać.
- Ej, kotek czekaj na mnie.. – powiedział Justin z paniką i oburzeniem.
- No to chodź, ale uprzedzam, że teraz żadnego stosunku nie będzie.
- No dobraaa, niech będzie, i tak nie ma teraz czasu.
- Gdzie my właściwie idziemy?
- Mówiłem ci, że to niespodzianka.
- Taaa… Jak ja to lubię!! – odpowiedziałam z sarkazmem.
- No ale chyba do końca rozebrać cię mogę?
- Skoro aż tak bardzo chcesz … Niech ci będzie… Jeżeli Cię tak podniecam.
- A żebyś wiedziała. Strasznie mnie podniecasz.
Przyciągnął mnie do siebie. Zachowuje się ostatnio jak jakiś dewiant. Nie wiem dlaczego, za mało dla mnie jest tej prawdziwej miłości, tego romantyzmu, a za dużo bliskości fizycznej. Dla niewtajemniczonych chodzi mi o seks.
- Ale ty mnie bardziej – zaczęłam się droczyć.
- Tak?! To udowodnij.
- Naprawdę tego chcesz?
- No pewnie misiaczku, a co ty myślałaś?
- Myślałam, że stchórzysz. A nie chcesz najpierw ty?
- Nieee, najpierw ty się popisz! - wystawił mi język.
- OOO ty drapieżniku! No to cóż… - przykleiłam się mu do ust. Potem ściągnęłam mu spodnie. Od przodu w niego weszłam. A raczej go sobie włożyłam. Jednocześnie namiętnie go całowałam. Dziwnie się czułam, to trochę za dużo jak na jeden raz. Ale jak już idę to na całość. Moje ręce były na jego klatce piersiowej. Ależ on umięśniony… Mmmm.. Ja jego ręce położyłam na moim tyle… Jęczałam przy tym, co musiało śmiesznie brzmieć, ale jednak zmysłowo. Matko, normalnie jakaś Kamasutra.
Ktoś by mnie wziął za zawodową dziwkę. Nigdy więcej takiego czegoś. Tzn. nie no nie powiem, że nie było przyjemnie, ale ja do cholery mam piętnaście lat! Po jakichś dziesięciu minutach przestałam.
- No i czemu przestałaś? Było cudownie. Czułem się ahhhh… Może wiesz, lekko przesadziliśmy, ale było super. Chyba nie mam szans przebicia cię. Ewentualnie… I tak ty mnie bardziej podniecasz nie tylko fizycznie, ale pod każdym względem – westchnął.
- Nie przebijesz tego... – zrobiłam uwodzicielską minę.
- Mówisz? A chcesz się przekonać?
- Wieczorem. Teraz idziemy.
- Ty się boisz!! Haaa, boi się, boi!
- Lepiej uciekaj, bo cię dorwę!! – cały nagi zaczął biegać po pokoju. Ja owinęłam się ręcznikiem. Drugi rzuciłam w jego stronę.
- Ubieraj się, a nie goły latasz po całym domu.
- Nie domu, tylko twoim pokoju.
Podeszłam do okna, zobaczyłam jak jakaś starsza pani zdziwiona z wielkimi oczami patrzy się na nas. Zasłoniłam rolety.
- Ekstra, pani Greenwich nas widziała. Cudownie, a to największa stara moherowa plotkara w okolicy. Jeszcze sobie coś pomyśli.
- Już pomyślała.
- Ty się ubieraj lepiej, bo idziemy.
- Co ty taka chętna?
- Lubię niespodzianki.
W końcu zniechęceni, z wielkim trudem ubraliśmy się.
- No w końcu. Ludzie, co wy ze sobą robicie? Też bym tak chciał, ale nie ma odpowiedniej laski dla mnie. Poza tym przez pewien czas nie mogłem się pozbierać po tym, jak zostawiła mnie Jenny.
- Przykro mi Jesse.
- Spoko, już mi przeszło. Nie ma co wracać.
- Ok, ale wiesz, kiedyś znajdziesz prawdziwą miłość, tak jak my. Co nie Justin?
- Nomm, mój kotek. Najdroższy na świecie. – powiedział z czułością Justin i pocałował mnie. Pierwszy raz od jakiegoś czasu poczułam się naprawdę bezpieczna i kochana. Żeby jeszcze jakiś chłopak umiał tak kochać jak mój ukochany Justin. Chyba jeszcze żadna dziewczyna nie doświadczyła takiej miłości.
- Mam nadzieję, że mam się na szwagra szykować?
- Na razie jeszcze nie, wiesz ty już zostałeś szwagrem.
- Jak to?
- Betty…
- EEE tam Betty dla mnie nie istnieje. Z resztą dla was chyba też…
- Fakt. Dobra, idziemy, zbieramy się jak sójki za morze.
Poszliśmy w końcu. Ledwo wyszliśmy za furtkę, a oni od razu zakryli mi oczy czarną, jedwabną chustką. Ciekawe, gdzie mnie zabierają ci wariaci. Moi wariaci. O kurde, jeszcze zaległy prezent i życzenia dla Jess’a. Kupiłam mu go, ale zapomniałam z tego wszystkiego. Jutro mu dam.
- Boooooże, gdzie wy mnie prowadzicie? Daleko jeszcze?
- Nie marudź tylko idź, niedaleko. Już kiedyś obok tego przechodziłaś.
- O boże, chyba wiem. Czy wy jesteście nienormalni?
- No co ty… - powiedzieli jednocześnie.
- Jak wy to robicie, że wszystko razem powtarzacie?
- To się nazywa przyjaźń.
- To wy się przyjaźnicie? Ahaaa, fajnie macie.
- Nom.
- Dobra, gdzie to jest i co to jest?
- ZOBACZYSZ. Co ty taka niecierpliwa jesteś? – szliśmy tak dosyć długo, kiedy w końcu usłyszałam jakąś muzykę.
- Aha, czyli dyskoteka?
- Niezupełnie…
Weszliśmy do środka. Grało jakieś techno, było słychać piski lasek. Zdjęli mi w końcu tą cholerną chustę. Okazało się, że to był klub go-go. I to męski. Zaaaaaaajebiście.
- Nieeeeee? To miała być powiedzmy… Forma rozrywki.
- Rozrywki mówisz? no to idę się rozerwać. A wy sobie tutaj nie wiem, piwo wypijcie czy coś… Ewentualnie też możecie potańczyć z kolegami na rureczkach :D
- Nie dzięki!!
Postanowiłam pobawić się trochę uczuciami Justina, zrobić mu test, czy jest o mnie naprawdę zazdrosny. Tak jak ja o niego. Wiem, że może to nie w porządku, ale… Zobaczymy. Weszłam na scenę, czy nie wiem jak to się nazywa. Dla mnie to wybieg dla cipendejli. Zaczęłam tańczyć na rurze z tymi facetami. Laski jeszcze bardziej piszczały. Przystawiałam się do nich. Oczywiście dla żartów. Co trochę zerkałam na Justina, tak żeby widział, że na niego patrzę. Spoglądał na mnie z wściekłością. Po prostu kipiało od niego zazdrością. Chyba lekko przegięłam pałę wsadzając banknot do ust jednego z nich przysuwając się prawie maksymalnie do niego. Justin podszedł, wszedł na ten wybieg i przywalił mu w zęby z pięści. Jak się zamachnął to koniec. Zaczęli się bić. Próbowałam ich rozdzielić, ale pogorszyłam sprawę. Ochrona wyprowadziła Justina z klubu. Poszliśmy za nim z Jesse’m.
- Justin…
- To wszystko przez ciebie. Nie odzywaj się do mnie.
Jesse pociągnął mnie na bok.
- Co ty zrobiłaś? Zraniłaś go! Sprowokowałaś, nie powinnaś tego robić. Przecież wiesz, że on nie widzi poza tobą świata, szaleje, zazdrosny jest jak wariat, a ty co?
- On też zabawiał się z dziewczynami. I co? Jakoś świat się nie zawalił. To był test. Chciałam zobaczyć, czy jest o mnie zazdrosny tak samo jak ja o niego.
- Sprawdzasz go, nie ufasz mu? Zawiodłem się na tobie, siostra.
- Ufam, dobrze o tym wiesz. To były żarty. Miałam się rozerwać tak? To tak zrobiłam. Przecież kocham go nad życie. To nie moja wina, że ja uwielbiam, jak on się denerwuje.
- Ale on…! Nieważne. W życiu nie widziałem tak zakochanego 17-latka! Wiesz rób co chcesz, ale nie żałuj tego potem.
- Masz rację, dziękuję . – Przytuliłam go.
Wróciłam do Justina. Jesse został trochę z tyłu. Szedł zmarnowany, z głową opuszczoną na dół.
- Justin! Justin, poczekaj! – on jednak nie zatrzymywał się. Podbiegłam i stanęłam naprzeciw niemu. Stanął w końcu w milczeniu. Nadal miał spuszczoną głowę.
- Justin, proszę popatrz na mnie. – nadal nic. Naprawdę go zraniłam. Czułam się okropnie. Nie wiedziałam co robić. Uklęknęłam przed nim.
- Kochanie, proszę Cię wybacz mi. Błagam cię. Nie gniewaj się na mnie. No proszę, nie opuszczaj mnie. Ja nie umiem bez ciebie żyć. – mówiąc to płakałam. Złapałam go za ręce. Przytuliłam jego dłonie do mojej twarzy. Moje łzy spływały coraz częściej mocząc jego skórę. Podniósł mnie. Kiedy staliśmy naprzeciwko siebie patrzyłam na niego zapłakana. W końcu spojrzał na mnie. Z jego aksamitnej wargi leciała krew. Jego powieki były ciężkie. Oczy były przepełnione smutkiem, goryczą, były takie… Takie chłodne, jak nigdy. Popatrzyłam się na jego delikatne, zaróżowione usta w kształcie serca. Nie mogłam patrzeć jak krwawią, jak krwawi przeze mnie jego serce. Podniosłam swoją rękę i położyłam na jego ramieniu. Głaskałam jego włosy i tył szyi. Powoli się do niego przybliżałam. Chciałam go pocałować, lecz on się oddalił. Czułam kompletną pustkę. Justin odchylił głowę w bok. Pogłaskałam jego policzek. Otarłam mu jego łzy, które były coraz gęstsze, jego ciało przepełniała jeszcze większa rozpacz. Popatrzył na mnie jeszcze raz. Wytarłam mu kciukiem krwawiącą wargę. Przytuliłam się do niego bardzo mocno. Wybuchłam rzewnym płaczem.
- Błagam Justin odezwij się do mnie, proszę, ja tego nie zniosę, nie zniosę tego, że przeze mnie cierpisz. Nie rób mi tego. – mówiłam szeptem. Już kompletnie nie wiedziałam co mam robić. Postanowiłam nie puszczać go, nic nie mówić. Chciałam tylko czuć jego dotyk, jego ciepło. Czułam bicie jego serca. Nic się dla mnie nie liczyło. Tylko on.
- ĆŚŚŚ… Nie płacz już, proszę… Przepraszam. – Justin powiedział to prawie bezgłośnie. Ledwo to usłyszałam. Delikatnie musnął moje wargi. Czułam jego krew, dalej leciała mu z jego miękkich warg. Złączyliśmy się w magicznym pocałunku miłości.
- Kocham Cię. – powiedziałam i wtuliłam się w niego. – Przepraszam, przepraszam.
Podszedł do nas Jesse.
- I co? Wszystko w porządku? Kurde, no ja nie mogę patrzeć jak wy tak cierpicie. Czemu zadajecie sobie tyle bólu. Przecież się kochacie. Czy miłość traci dla was znaczenie? Liczy się tylko cierpienie i ból? Co się z wami dzieje? Kiedyś byliście tacy szczęśliwi, a teraz się ciągle krzywdzicie. Nie poznaje was.
- Jesse. Ty chyba nie możesz zrozumieć, że prawdziwa miłość boli. Romeo i Julia nie mogli być razem i skończyło się na tym, że zginęli. Na Titanicu Jack i Rose darzyli się ogromnym uczuciem i co? Dużo za nią wycierpieli i Jack zmarł, a Rose spełniła obietnicę daną mu. Miłość zawsze boli. Zakochani codziennie płaczą, ale to wszystko po to, aby potem jeszcze mocniej się cieszyć chwilami spędzonymi razem. Poza tym my w ten sposób udowadniamy sobie, że pokonamy dla tej miłości wszystkie napotkane przeszkody, że nie pozwolimy zginąć miłości.
Wróciliśmy do domu.
- A! No właśnie, przypomniało mi się, że Betty dzwoniła.
- Jaka Betty? – spytałam.
- Nasza siostra. Gdybyś słyszała to co ja przez telefon też dałabyś spokój z tymi dowcipami. Każdy przeżywa śmierć bliskiej osoby w inny sposób. My płakaliśmy, a ona.. udawała przez telefon, że się tym nie przejmuje, a ten jej Muhammed powiedział mi wszystko.
- No to ona dzwoniła czy on?
- Nie no ona, ale nie miała sił, żeby coś powiedzieć. Nie potrafiła pokazać bólu. I ten Muhammed zabrał jej telefon i powiedział mi, że ona przez cały ten czas leżała na łóżku bawiąc się misiami i przeszła jakiś taki powrót do dzieciństwa kiedy rodzice jeszcze żyli. Nic jej nie mogło pomóc, a to co powiedziała przez telefon to był taki wyrzut sumienia. Ona myśli, że rodzice przez nią zginęli, bo ona ich namówiła, żeby spędzili ze sobą piękne chwile sam na sam. Muhammed jej tłumaczy, że to nie jej wina. Może zrozumie. Poza tym zostaliśmy zaproszeni na ich ślub za 2 miesiące. Oczywiście w Japonii.
Wybaczyłam Betty. Wyszłam na dwór z psem. Po drodze spotkałam Jessicę, ale nie mogłyśmy rozmawiać, bo spieszyła się do George’a. Po drodze do domu przypomniało mi się, że nie miałam co ubrać na ślub własnej siostry, więc razem z Justinem poszłam do centrum handlowego. Najpierw poszukaliśmy czegoś dla niego. Szybko poszło… Wziął jakiś garnitur ze skórzaną marynarką i czarne buty z białą podeszwą (skate’y). Ze mną oczywiście było gorzej. Zawsze długo siedzę w sklepach, ale tym razem to nie była moja wina. Wybrałam 62 ładne, kolorowe, odświętne i takie na lato, na imprezę, na ślub.. sukienki. Justin co chwilę mówił, że mu się te sukienki nie podobają i musiałam je odkładać.
- Weźźź się zdecyduj! Nie ma już żadnej sukienki, która by się nadawała! Jak jesteś taki kurwa mądry to sam mi coś wybierz!
Siedziałam w samej bieliźnie w tej przebieralni i słuchałam Czesława Mozila. Trochę nakrzyczałam na Justina, ale po 11 h przymierzania już naprawdę miałam dość. On się tym nie przejął i poszedł szukać. Wrócił po 10 minutach z czarną, krótką, obcisłą, skórzaną, seksowną i pociągającą sukienką.
- Oszalałeś? – powiedziałam. – To się bardziej nadaje na noc poślubną niż na ślub siostry.
Pomimo to przymierzyłam ją i.. była idealna. Wyglądałam dobrze jak nigdy. Jak Justin mnie zobaczył to chyba mu stanął, bo zdjął czapkę i się zakrył… Eckhem…
- Kociaku! Mrrauu. Wyglądasz tak seksownie… i zniewalająco. Masz idealną figurę i.. zmysłowe oczy…
- Dobra. Dobra. Chłopcze, a czy ty widziałeś cenę?
- Tak.
- Wiesz.. Może ciebie na to stać, ale mnie nie.
- Pozwól więc, że ja zapłacę.
- Ocipiałeś? Nie mogłabym tego przyjąć..
- Dla mnie bez różnicy ile mam pieniędzy. A ty sprawisz mi przyjemność jeśli będziesz w tym na jej ślubie.
- No dobrze kochanie. Jeśli w ten sposób będę cię bardziej pociągać to… Dziękuję!
Rzuciłam mu się na szyję.
- Wiesz.. Twoi rodzice na pewno chcieliby to zobaczyć. Są z ciebie dumni..
- Byliby.. Gdyby żyli.. Nie mówmy o tym.
- Ale czemu?
- Ale ty jesteś głupi… Jesteś tak głupi, że mógłbyś wpaść pod zaparkowany samochód.
- No wiesz… ale powiedz mi coś o swoich rodzicach.. Czemu.. Czemu nie płaczesz gdy o nich wspominam?
- Zawsze liczyłam się z tym, że wszyscy odchodzą. Gdybyśmy ich nie tracili nie wiedzielibyśmy ile dla nas znaczą. Miałam kiedyś koleżankę.. Nigdy nie miała depresji. A ludzie, którzy nigdy nie mieli depresji nie mogą kochać, bo czując miłość trzeba się liczyć z cierpieniem.
- To znaczy, że cierpisz gdy mnie kochasz?
- Czasami.. Gdy mnie np. skrzywdzisz to cierpię bardziej niż normalnie, bo cię kocham…
- Boże, to takie słodkie.. Kocham cię.
I wyszliśmy ze sklepu. Weszliśmy do domu. Wziął mnie na barana i biegł przez hol. Ale się śmialiśmy. Było jak w romantycznym filmie. Słodko. Miałam niespodziankę dla Justina. Pojechał na koncert, a ja niby zostałam w domu. Jednak szybko się ubrałam w sukienkę, którą Justin mi wybrał na ślub Betty, a Jesse zawiózł mnie do tamtej hali, w której Justin już zaczął koncert.
Byłam bardzo zestresowana. Stałam tuż przy wejściu ściskając w dłoni mikrofon. Miałam na sobie tą czarną, krótką, obcisłą, skórzaną, seksowną, pociągającą sukienkę i czarne buty na dużych szpilkach. Na plecach miałam przyczepione wielkie skrzydła z czarnymi piórami.
Powiesili mnie na jakimś sercu i miałam zlecieć nad sceną do Justina. Wciągnęli mnie na górę. Wyobrażałam sobie jak Justin mówi: „Verguś, dasz radę!”. Serce wraz ze mną powoli zsuwało się z góry na scenę. Justin był odwrócony tyłem i śpiewał Somebody to love, gdy do niego podeszłam i złapałam go za ramię. Odwrócił się. Na chwilę przestał śpiewać, tańczyć i zrobił wielkie oczy. No… niezłe zdziwienie. Wyłączyli muzykę. Nie odwracając ode mnie wzroku powiedział do mikrofonu: What the fuck? Kocham jak przeklina. Fanki ucichły na chwilę. Była cisza. Zaniepokoiłam się. Nie wiedziałam co robić. W końcu Justin się uśmiechnął i zapomniałam o wszystkim. Poleciała muzyka, a ja zaczęłam śpiewać. Nie będę skromna: Jestem w tym bardzo dobra. Kocham muzykę, więc zaczęłam jeszcze tańczyć. Mizialiśmy się na scenie, śpiewaliśmy (piosenka Saxobeat). To było cudowne. Miałam nawet zamiar tańczyć na rurze, ale jak zobaczyłam pod sceną małą dziewczynkę to rzuciłam butem w tego co puszczał muzykę i zaczęłam akustycznie śpiewać PRAY. Jeden mikrofon dałam widowni. Cała sala śpiewała przepiękną piosenkę. Była w tym jakaś magia, moc, którą tylko my tam mogliśmy poczuć. 50 000 fanek śpiewało piosenkę Justina o ludzkim cierpieniu. To było piękne. Czułam się jak w TITANICU. Bieber’owi poleciała z oka jedna łezka. Próbował ją ukryć jednak ja ją zauważyłam i starłam delikatnie z jego policzka. Na końcu wszystkie fanki krzyknęły: We will pray for you Justin! Podziękował im i koncert się skończył. Wróciliśmy, więc do domu. Jak tylko Frendy mnie zobaczył zaczął do nas biec. Po drodze potknął się o dywan. Drapał pazurkami w panele przedpokoju i dobiegł do mnie. Skoczył na mnie i zaczął mnie lizać po twarzy. Justin wyglądał na rozmarzonego i powiedział:
- Też bym tak chciał..
Podając mu psa rzekłam:
- Ciebie też poliże.
- Ale ja bym chciał się znaleźć na jego miejscu i cię polizać po twarzy…
Złapał mnie za biodra i się przybliżał.
- O nie! Najpierw muszę psu dać coś do jedzenia.
Wyciągnęłam z lodówki kabanosa, marchewkę i kiełbasę. Jak Friendship zobaczył kabanosa to zaczął wariować: kręcił się w kółko, szczekał na swój ogon i skakał. W końcu doskoczył do kabanosa, chwycił go i uciekł na taras.
- Co to miało być? – spytał Justin podchodząc do mnie.
- Nie wiem.
Kroiłam kiełbasę do kanapek, a Just powiedział: „AUU! Czuję się jakbyś mnie kastrowała.” Potem wzięłam marchewkę i wciskałam ją do sokowirówki. Wtedy odrzekł: „Weźź… Jaka ty brutalna jesteś.. Lubię takie..”. Pocałowaliśmy się delikatnie. Wtedy musiałam opuścić na chwilę Justina i… pójść do salonu tatuażu.
Weszłam do środka. Było dosyć ciemno, jak we mgle. Czułam faje i zobaczyłam pakera całego w tatuażach typu: Kocham moją mamę! Zrobiłam wielkie oczy.
- Pierwszy raz? – spytał.
- Nie. Szczerze mówiąc tak często to robimy, że nie pamiętam kiedy był ten pierwszy raz. Bardziej pamiętam pierwszy pocałunek…
- EEE.. Właściwie to.. nie chodzi mi o twoje prywatne życie choć uważam, że to za wcześnie.
- Nie rób mi wykładów.. Wiem o życiu więcej niż ty. Miałam dziecko, moi rodzice nie żyją, byłam w męskim klubie go-go, wielokrotnie kochałam się z gwiazdą, miałam wypadek…
- Dobra! Rozumiem. Jaki tatuaż chcesz?
Podał mi jakiś album z tatuażami. Odsunęłam go jednak.
- Ja… Ja chcę tatuaż jako takie skrzydła jak anioła tylko czarne. Na całe plecy. I na dole czerwony napis, taki, żeby się trochę lał, żeby to wyglądało jak krew, jak taka wielka rana.
- A jaki ma być ten napis?
- Your love hurts. I niżej trochę mniejsze: Justin Bieber
- Boże błogosław mnie! Fanka?
- Nie. Dziewczyna.
- Wszystkie tak mówicie…
- Tylko, że ze mną miał dziecko.
- Taa..
- Weź się kurwa do pracy i mnie nawet nie wkurzaj.
Poczułam igłę. Byłam bezbronna. Nie ruszałam się. Zaufałam temu facetowi. Czułam się jakbym płonęła. Strasznie bolało.
- Koniec. Już po wszystkim. Zrobiłem ci tymczasowy tatuaż żebyś potem nie musiała żałować. Za kilka tygodni zniknie.
- Jak miłość. Pojawia się i znika…
I wyszłam. Dziwnie się czułam z tym wielkim plastrem na plecach. Doszłam do domu.
- Justin? Jestem już.
- Gdzie byłaś? Co ty masz na plecach? Plaster? Boże, co ci się stało?
- Nic. To tatuaż.. Dla ciebie.. W podzięce za to, że jesteś. Mówili mi, że jak dojdę do domu to już będę mogła zdjąć ten plaster.
Delikatnie go ściągnął. Zaczął płakać.
Delikatnie go ściągnął. Zaczął płakać.
- No co ty tak ciągle płaczesz? – spytałam.
- Czy moja miłość naprawdę aż tak cię rani? Czy to musi wyglądać jak krew? Czuję się jak w dramacie pełnym akcji i czuję nutę jakiegoś horroru.
Przytuliłam go.
- To tylko tatuaż, który wiernie oddaje moje uczucia.
- No właśnie.
Justin zemdlał i pojechaliśmy do szpitala. Po 3 godzinach czekania na jakąś wiadomość lekarz wyszedł z sali operacyjnej.
- Co z nim? – zapytałam.
- Niezbyt dobrze.
- Co to do cholery znaczy?
- Potrzebna nam nerka. On może nie przeżyć.
- Ale co się stało? Jak to możliwe? Przecież było z nim wszystko w porządku.
- Nie mamy pojęcia.
Chodziłam w koło zastanawiając się co powinnam zrobić.
- Ja mu oddam swoją nerkę..
- Jesteś tego pewna? – zapytał lekarz.
- Tak. W końcu mam dwie. Prawda?
- Niby tak… Przebierz się. Uratujesz mu życie.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz