Szukaliśmy i szukaliśmy chyba godzinę. W końcu znalazł je Jesse. Zeszliśmy na dół.
- Włącz tę podpisaną „Wedding”.
Justin spełnił prośbę babci i usiedliśmy wygodnie w fotelach. Ja, oczywiście, w objęciach Justina. Pocałowałam go czule i spojrzałam na ekran. To było po prostu nagranie ze ślubu rodziców. Ale… Na końcu było coś, czego bym się nie spodziewała.
„Vergia, kochanie.. Nie złość się na nas, ale musimy ci coś wyznać. Nie jesteś naszym dzieckiem. Byłaś adoptowana…” Nie słuchałam dalej. Wybiegłam stamtąd. Wybuchłam płaczem. Pobiegłam do łazienki. Schowałam twarz w dłonie i pozwalałam, żeby łzy mi płynęły. Justin szybko przybiegł i przytulił się do mnie.
- Nie przejmuj się, kochanie. Dasz radę. Jesteś silna.. – mówił.
- Justin, oni mnie przez te wszystkie lata oszukiwali… - wypluwałam z siebie te słowa. Nie byłam w stanie normalnie mówić. Przetarł moje łzy.
- No już, uspokój się, bo ci się tusz rozmaże.. – powiedział śmiesznie. Wtuliłam się w niego. Potrzebowałam teraz jego ciepła. Bardzo go potrzebowałam. Cały mój świat się zawalił.
- Ale.. Justin, przecież to niemożliwe.. Przecież ja.. Przecież Betty jest do mnie taka podobna…
- Może jednak nie… Ona nigdy ci nie dorówna. Uwierz mi. – uśmiechnął się. Wyszliśmy z tej łazienki. Babcia mnie przytuliła. Jesse też. Nawet Betty i Muhammed.
- Pamiętajcie, że zawsze będziecie dla mnie rodziną. Zawsze nią byliście i zawsze będziecie – uśmiechnęłam się i poszłam do siebie do pokoju. Położyłam się na łóżku i zasnęłam.
Obudziłam się ze spuchniętymi oczami. To wszystko mnie przerosło. Jestem bezsilna. Przy życiu utrzymuje mnie tylko Justin. Tylko dzięki niemu żyje, oddycham i jakoś funkcjonuję na tym świecie. Budzi mnie pocałunkiem i kończy się ten zły sen. Sen o przyszłości. O tym, co będzie dalej, co przyniesie życie, co przyniesie czas. Justin spał, trzymając mnie za rękę. Chyba przeżywa to wszystko razem ze mną, ale nie jest do końca tego świadomy. Biedny. Czasami myślę, że powinnam go opuścić dla jego dobra. Za dużo go kosztuje bycie ze mną. Skazuję go na kłopoty i ciągły stres. Muszę to wszystko przemyśleć. Cieszę się, że mam swoją rodzinę, że mnie do niej zabrali. To dzięki nim wyszłam na ludzi, a nie zostałam w domu dziecka. Gdyby nie oni, wylądowałabym na ulicy. I jeszcze Justin. Kochany Misiu. Dość tego! Big girls don’t cry!
Nadszedł dzień ślubu, a Justin sobie słodko śpi, kiedy trzeba dopilnować wszystkich przygotowań! Trzeba go obudzić. Przybliżyłam się do niego powoli. Miałam ciepły i przyspieszony oddech. Musnęłam delikatnie jego miękkie, nieruchome wargi. Szkoda było mi go budzić. Tak sobie słodko spał. Po kilku sekundach musnęłam po raz drugi. Podniósł powoli swoją rękę i pogłaskał mnie po twarzy z zamkniętymi oczyma.
- Przytul mnie… - powiedział szeptem. – Wiedz, że zawsze przy tobie jestem i że zawsze będę cię kochał.
- Wiem to, ja też Cię kocham – wtuliłam się w niego i leżeliśmy przez chwilę.
- Wiesz co, kochanie… Nigdy nie myślałam, że spotkam kiedyś swoją miłość, że kiedykolwiek będę szczęśliwa. Mimo tego wszystkiego co mnie spotkało, wiem że tak miało być… Mam ciebie i nic się bardziej nie liczy.
Nic nie odpowiedział, tylko pocałował mnie w czoło. Zaczęły się gorące przygotowania do ślubu. Przyszły makijażystki i fryzjerki. Każda kobieta miała swoją, więc szybko poszło. Ja wyglądałam tak:
A moje buty:
A Betty, jako panna, piękna panna młoda wyglądała przepięknie i miała olśniewającą suknię i w ogóle jak Muhammed ją zobaczy to sobie strzeli z liścia, żeby się upewnić, czy to nie sen!!
A Betty, jako panna, piękna panna młoda wyglądała przepięknie i miała olśniewającą suknię i w ogóle jak Muhammed ją zobaczy to sobie strzeli z liścia, żeby się upewnić, czy to nie sen!!
Czasem mi się wydaję, że nie pasują do siebie.. Ale ja to się na tym znam jak śliwka na gównie.
W każdym razie… na razie szło wszystko dobrze. Jak Jesse, albo inni pojebańcy czegoś nie wymyślą i nie zaczną pierdzieć do zapalniczki albo nie będą zaciągać panienek z babcinymi gaciami w krzaki to imprezę można będzie uznać za udaną :D.Ahh.. Chciałabym tak jak ona… A może jeszcze czas na mnie.. Może Justin to nie ten jedyny… A może to przeze mnie? Co ty pieprzysz? To nie z twojego powodu, Vergia. Opanuj się. Znowu biję się z myślami. Chuj z tym. Mam ochotę pooooorządnie się najebać.. Biedny Just, będzie musiał mnie znosić. Ale mi się coś od życia należy, tak? W końcu to ślub (mam nadzieję, że nie jedyny haha) mojej siostry! Więc soooryy.. No. Właśnie z Betty kończymy ostatnie poprawki i niedociągnięcia w robieniu się na bóstwo. Czas na nas. Przytuliłyśmy się mocno. Chciałyśmy się rozpłakać.. Ale na co byłaby praca tych kobiet, które tyle godzin spędziły na dekorowaniu nas? Wyszłyśmy z tego dość fajnego, bo przestronnego i ładnie urządzonego pomieszczenia i skierowałyśmy się w stronę miejsca, gdzie ksiądz miał udzielić ślubu, a było to w tym samym budynku. Ja weszłam pierwsza, bo wiadomo, największe wejście ma panna młoda. Słychać było powolne kroki, cała sala nagle pogrążyła się w milczeniu i oczekiwaniu najważniejszej osoby, a właściwie dwóch najważniejszych osób dzisiaj. Piękna, najpiękniejsza na świecie weszła na salę z moim bogiem, najprzystojniejszym na świecie - świadkiem Justinem. Niestety, jak wiadomo, jej ojciec nie mógł być obecny w najpiękniejszej chwili jej życia. Cała rodzina i znajomi aż otwarli oczy ze zdumienia, a pan młody mało orgazmu nie dostał hehe. Nie no poważnie.
Nie wiedziałam, że moja siostra może być aż tak ładna. Twarz, jak przystało na pannę młodą, miała zasłoniętą welonem. Doszli do ołtarza. Justin oddał pannę młodą, po czym uśmiechnął się do mnie i zajął swoje miejsce. Nie trwało to długo. Najpierw tradycyjnie zapytano się, czy nikt nie jest temu przeciwny. I teraz jak to w filmach bywa powinien wpaść jej były i wykrzyczeć, że się KURWA nie zgadza! Że ją kocha… Ona powinna wpaść mu w ramiona, albo po prostu… Wziąć buta w łapę i mu w łeb, że niszczy mu tak piękną uroczystość. Ale nie! Tu tak nie będzie. Nie myślcie sobie.. Hehe. Poszło zgodnie z planem. Odmówili przysięgę… Wiadomo, nie opuszczę cię aż do śmierci… Będę z tobą w zdrowiu i w chorobie… I to co najważniejsze.. A teraz pan młody może pocałować pannę młodą. Aż mi się łza w oku zakręciła. Ale ja głupia jesteeem. A teraz odbieranie życzeń i prezentów, uścisków buziaków i bóg wie co. Wiadomo, sami złożyliśmy życzenia. Po tym wszystkim, tej całej zasranej sielance, która mogłaby się wydawać romantyczną, pan młody wziął pannę młodą na ręce i przez próg! No, a reszta to wiadomo, wódeczka, kremóweczka i zabawa do biaaaałego rana! Cel – uchlać się! Ale jeszcze trzeba być na tyle przytomnym, żeby welon czy tam bukiet chuj wie co złapać. Justin poszedł zanieść te wszystkie rzeczy do czarnej limuzyny, po czym dołączył do mnie, mówiąc:
- Hej, kotku!
- Hej, a co ty taki wesoły…?
- A nic, po prostu cieszę się ich szczęściem kochanie :D
- Jasneeee… -_- Nie miałbyś nic przeciwko temu… jeżeli bym…
- Jeżeli byś co… hmm?
- Jeżelibym się upiła?
- OOOJ… kochanie, kochanie… Pod warunkiem, że będę koło ciebie. I złap bukiet, czy tam welon. Aha.. Będę panował nad sytuacją, także nie bój się, możesz popić..
- A ty? Chyba nie zostaniesz jako jedyny trzeźwy na sali, prawda?
- Nie, nie no.. Coś ty.. ale nie upije się od razu..
- A na co będziesz czekał?
- A zobaczysz :P
- Wiesz, że nie lubię jak tak mówisz.. Jak chce i muszę wiedzieć wszystko od razu!
- Ooooo nie, nie! – zaśmiał się.
Stanęliśmy na chwilę i złączyliśmy się w pięknym, namiętnym pocałunku.
Stanęliśmy na chwilę i złączyliśmy się w pięknym, namiętnym pocałunku.
- No, dość, to nie nasz dzień. Idziemy.
- Ej, no nie rób mi tego – zrobił kocią minkę. Działa na mnie jak maagneeess.
- Oj, no dobrze. Ale jeszcze tylko raz, mały, malutki, maluteńki… - nie zdążyłam.. Jak zwykle. Zawsze mnie zamyka, ale za to w skuteczny sposób. Jak ja to lubię.. hah.
Wszyscy weszliśmy do sali. Najpierw zjedliśmy obiad. Rosół i jakieś drugie danie, kotlety z ziemniakami i kluskami do wyboru. Kiedy wszyscy się posilili nadszedł czas na pierwszy taniec. Nagle zauważyłam, że nie ma przy mnie Justina. Myślałam, że może poszedł do toalety, albo robi zdjęcia, albo nie wiem. Młoda para wyszła na środek, kiedy rozbrzmiała znana mi melodia grana na fortepianie.
Taak.. Uwielbiam tą piosenkę… Najbardziej romantyczny utwór na świecie… Never let you go. To on, tak, to on. Reflektory oświetliły fortepian usłany różami, sala wypełniła się dymem i czerwonym, przygasłym światłem. Jego głos płynął jak ukojenie dla mnie, dla mojego ciała, dla mojego serca, dla mojej duszy… To jak anielska melodia.. Jak.. Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w moim cudownym śnie.. W moich marzeniach. Przypomniałam sobie chwile, odkąd się poznaliśmy. Pierwsze spojrzenie, pierwsze słowo, pierwszy dotyk, pierwszy pocałunek. Wszystko, co pierwsze. Nawet pierwszy raz. To wszystko takie magiczne wprawiało mnie o drżenie. On śpiewał to z takim uczuciem, taką… delikatnością każdego wypowiedzianego przez jego miękkie usta słowa. Niestety, te chwile musiały się skończyć.
Wszyscy weszliśmy do sali. Najpierw zjedliśmy obiad. Rosół i jakieś drugie danie, kotlety z ziemniakami i kluskami do wyboru. Kiedy wszyscy się posilili nadszedł czas na pierwszy taniec. Nagle zauważyłam, że nie ma przy mnie Justina. Myślałam, że może poszedł do toalety, albo robi zdjęcia, albo nie wiem. Młoda para wyszła na środek, kiedy rozbrzmiała znana mi melodia grana na fortepianie.
Taak.. Uwielbiam tą piosenkę… Najbardziej romantyczny utwór na świecie… Never let you go. To on, tak, to on. Reflektory oświetliły fortepian usłany różami, sala wypełniła się dymem i czerwonym, przygasłym światłem. Jego głos płynął jak ukojenie dla mnie, dla mojego ciała, dla mojego serca, dla mojej duszy… To jak anielska melodia.. Jak.. Zamknęłam oczy i pogrążyłam się w moim cudownym śnie.. W moich marzeniach. Przypomniałam sobie chwile, odkąd się poznaliśmy. Pierwsze spojrzenie, pierwsze słowo, pierwszy dotyk, pierwszy pocałunek. Wszystko, co pierwsze. Nawet pierwszy raz. To wszystko takie magiczne wprawiało mnie o drżenie. On śpiewał to z takim uczuciem, taką… delikatnością każdego wypowiedzianego przez jego miękkie usta słowa. Niestety, te chwile musiały się skończyć.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz