piątek, 6 stycznia 2012

The 16th Chapter

- Justin, proszę, nie płacz, zrób to dla mnie. Nie potrafię bez ciebie żyć, oddychać, bez ciebie moje życie, mój każdy dzień jest bez ciebie stracony, ale… Ja za bardzo cię ranię. 
- Dobrze, zrobię to dla ciebie kochanie. Nie ranisz mnie. 
- Justin, powiedz mi… Kiedy my ostatnio… No wiesz…
- Co? – uspokoił się trochę. 
- No kiedy my ostatnio się kochaliśmy? – powiedziałam trochę za głośno, bo ludzie się na mnie dziwnie popatrzyli. 
- Phehe, nie pamiętam, ale to było dawno… Boże, brakuje mi tego.. Brakuje mi ciebie… Tak strasznie… -widać poprawił mu się humor. 
- No mnie też, i to bardzo… - rozmarzyłam się.  – Ale to nie jest śmieszne, to ważne. 
- No chyba jakiś miesiąc temu. 
- No bo wiesz, jakbym była w ciąży, to wydaje mi się, że miałabym jakieś mdłości, nie wiem.. Chociaż może… 
- Kotku, wiesz… Może najpierw trzeba by iść do lekarza, bo może ten test był fałszywy albo coś.. 
- Masz rację, dobra to ja kończę, pa kochanie. 
- No, paaa, kocham cię. 
- Ja ciebie też, pa. 
Jestem taka szczęśliwa, że usłyszałam Justina, jak zawsze mnie wspiera. Ale jednak nie trzeba było chyba do niego dzwonić. Poszłam z powrotem do domu. Było już grubo po północy, ludzi na ulicach już nie było. Po drodze do hotelu było takie ciemne przejście.
Bałam się. Nic nie widziałam. Nagle usłyszałam jakiś głos. Poczułam jak ktoś się skrada. Po chwili czułam jak tracę przytomność, robi mi się ciemno przed oczami.

OCZAMI JESSICA’I:
Ale ze mnie przyjaciółka. No cóż.. Ostrzegałam ją. Coś długo nie wraca. Już północ. Jej dalej nie ma. Może.. może spotkała Jack’a i on np. no nie wiem..  bo przecież jej nie zgwałcił. O! Przyszła. Jezu! Ależ ona wygląda. Ma podarte ubrania. We włosach ma jakieś.. frytki? Jest cała posiniaczona, a obok oka ma długą, zakrwawioną krechę. Szybko do niej podbiegłam i złapałam żeby nie upadła.
- Vergi! Co ci jest? Co się stało?
Nie miała siły, żeby cokolwiek powiedzieć. Położyłam ją do łóżka i zasnęłam siedząc obok niej na krześle. Jej ręce bezwładnie wisiały spoza łóżka i to wszystko sprawiało, że czułam się jak w jakimś chorym thrillerze.

OCZAMI VERGII:
Obudziłam się rano, jak gdyby nigdy nic. Poszłam do kuchni zrobić herbatę i kilka kromek. Zaniosłam to do pokoju i zaczęłam budzić Jessica’ę.
- Jessi! Obudź się! Już południe. Mam 5 godzin do spotkania z Jack’iem.
Obudziła się w końcu. Była jakaś speszona. Przytuliła mnie mocno.
- Już myślałam, że nie żyjesz!
- Coś ty, głupia? Ja bym miała umrzeć? Chyba z tęsknoty.
- Vergia! Ale.. ty przecież wczoraj wróciłaś dopiero o północy i.. zobacz jak ty wyglądasz.
Poszłam do lusterka. O KURWA! CO się dzieje?
- Czy ja śnię?
- To chyba koszmar.
- Czekaj.. Przypominam sobie.. Rozmawiałam z Justinem i.. wracałam potem.. straciłam przytomność i.. nie pamiętam co się dalej działo..
- Może.. może ktoś cię zgwałcił?
O cholera! To nie może być prawda! Pobiegłam szybko do ginekologa.
- Jessica, zaczekaj tu na mnie. Muszę wiedzieć czy zostałam zgwałcona.
Ludzie się na mnie dziwnie popatrzyli. Jessica usiadła w poczekalni. Zapukałam.
- Proszę!
Złapałam za klamkę i pomyślałam: Co ja powiem Justin’owi? Pchnęłam ją w dół i weszłam do gabinetu.
- Usiądź! – powiedział lekarz. Był stary, siwy i miał wielkie bryle. Znał mój przypadek i kazał mi usiąść w „samolocie”. Zaczął mnie badać. Ciężko mi było z tym, że on mi tam grzebie, a Justin siedzi w domu.. ale musiałam.
- Nie zostałaś zgwałcona.. Bynajmniej nie wczoraj. Ale.. nie jesteś dziewicą!
Zaczęłam się śmiać, a ten facet poważnie na mnie patrzył. Przestałam.
- A.. Mam jeszcze jedno pytanie.. Czy.. czy ja jestem w ciąży?
Teraz on zaczął się głupio śmiać, a ja na niego poważnie patrzyłam.
- Co w tym takiego śmiesznego?
- Nie jesteś w ciąży. Kto ci to powiedział?
- No.. Sprawdzałam.. Test ciążowy.
Już zaczęłam się naiwnie cieszyć, ale.. widomość, którą potem usłyszałam.. zniszczyła całe moje życie. I moje wspólne marzenia z Justinem w pięknym domu z dużym ogrodem i gromadką naszych dzieci..
- Bardzo mi przykro.. ale… nie możesz mieć dzieci.
- Co kurwa?! Jakie nie mogę?
- No.. Jesteś niepłodna.
Wybiegłam z gabinetu. Nie spojrzałam na Jessica’ę. Biegła za mną. Zaczęłam płakać. Musiałam zadzwonić do Justin’a. Chociaż nie, lepiej nie. Lepiej go nie martwić. Nie no muszę do niego zadzwonić, powinien wiedzieć. A jak odejdzie ode mnie jak się dowie? Co ja mam teraz kurwa robić? Co ty boże, jaja sobie ze mnie robisz? W kulki grasz? Nie możesz zrzucić tego cierpienia na kogoś innego? Co ja takiego zrobiłam? Wiem, może kochałam się w wieku 14 lat, i nie byłam do końca wspaniałym dzieckiem, no ale… Błagam, nie takie rzeczy ludzie robią! A ty się na mnie mścisz! Ja tego nie wytrzymam. Dalej biegłam. W końcu zwolniłam. Chciałam być teraz sama, ale Jessica za mną biegła. Pytała co się stało, dlaczego tak nagle wybiegłam, ale ja nie zamierzałam jej odpowiadać. Odpuściła. Objęła mnie ramieniem i przytuliła do siebie. Szłyśmy w ciszy. Nie miałam pojęcia co dalej robić. Nigdy nie zastanawiałam się, co by było gdyby… Nie przygotowałam planu B. Co ja kurwa jestem? Nie jestem bogiem, który wszystko może, i który kurwa niby ma pomagać, ale coś mu nie idzie. I nadal nie wiedziałam co się ze mną stało tamtego wieczoru. Próbowałam sobie przypomnieć. I nagle zatrzymałam się. Doznałam jakby wizji, co się wtedy stało. Szłam tym ciemnym zaułkiem, to była jakaś grupka kolesi, niewiele starszych ode mnie. Tyle, że w tak młodym wieku już byli graficiarzami autobusów, żulami itp. Stoczyli się po prostu. Przyłożyli mi nóż do gardła. Nie ruszałam się, bo nie wiedziałam co zrobić, jakbym krzyczała i się stawiała, to nie byłoby mnie już na tym świecie. Chcieli mi dać jakąś tabletkę, ale zacisnęłam mocno usta. Wiedziałam, że to była pigułka gwałtu. Użyli więc innej metody. Przytrzymali mi rękę i wstrzyknęli mi działkę. Byłam bezsilna. Wykorzystali mnie ci pojebańcy. A ten pierdolony lekarz… Co on może wiedzieć o gwałcie? Gówno wie, a kurwa się wtrąca, skoro mnie zgwałcili, no to chyba raczej, że nie jestem kurwa dziewicą, tak? Zresztą tak czy tak nie byłam, więc… No nieważne. Zaniosłam się głośnym płaczem. Nie miałam przy sobie Justina. Tak mi go brakowało. Pozostała mi tylko Jessica. Nie mam zamiaru iść na jakieś pieprzone spotkanie z tym blondasem. Powiem Jessice, żeby poszła do niego i powiedziała, że nic z tego… Wtuliłam się w nią i płakałam. Wykorzystam sytuację jak jej nie będzie… Raz na zawsze pożegnam się z tym światem. Poszłyśmy do domu. Było już koło 16. Do samego końca przekonywała mnie, żebym poszła. Ja jednak nie miałam najmniejszej ochoty na to spotkanie. Nie powiedziałam jej nawet co się stało. I nigdy się nie dowie, bo nie zdążę jej powiedzieć. Nikt nie będzie wiedział. Tylko ja. Bo po co to komu potrzebne? Czy ja kogoś w ogóle obchodzę? Jak tylko wyszła, poszłam do łazienki. Napuściłam wody do wanny. Naszykowałam żyletki. Rozebrałam się, weszłam. Zamknęłam oczy. Wzięłam jedną do ręki. Powoli robiłam szramy na moich żyłach. Było je doskonale widać, i było mi łatwiej, bo byłam rozgrzana. W końcu odczuwałam ulgę. Czułam, że właśnie tego mi było trzeba, powoli odchodziłam od tego świata. Jeszcze zerkałam na łazienkę. Wszędzie rozlewała się czerwona maź… 
Już traciłam wzrok. Widziałam białe plamki i powoli staczałam się do wody. Już odchodziłam. Nagle usłyszałam głos, głos, przez który nie chciałam odejść. Wydostałam z siebie tylko:
- Justin! Ratuj! – potem zasnęłam w głęboki sen. Podświadomie widziałam jak on do mnie biegnie. Słyszałam jego anielski głos, przez co chciałam żyć.









OCZAMI JUSTINA:
Wiem kurde, że miałem nie przyjeżdżać, ale po rozmowie z nią przez telefon po prostu musiałem do niej przyjechać. Zadzwoniłem do Jessica’i i dowiedziałem się gdzie są. Poleciałem jak najszybciej się dało. Wbiegłem do niej do łazienki, a ona.. aż nie mogę o tym myśleć. Łzy mi zaczęły lecieć z oczu jak nie wiem. Szybko pojechałem do szpitala. Naprawdę nie chciałem jej tracić. Wolałbym odebrać sobie życie niż ją stracić. Do szpitala przyszła Jessica z jakimś typem. Siedziałem sam pod salą operacyjną i płakałem. Byłem totalnie załamany. Jessica i ten koleś usiedli obok mnie. Gdy im opowiedziałem co się stało zaczęli płakać, ale nie płakali tak jak ja. Oni po prostu płakali, a ja czułem jakbym spadał z urwiska, albo.. znasz takie uczucie, kiedy schodzisz po schodach i myślisz, że jest tam jeszcze jeden, a okazuje się, że go nie ma. To takie dziwne uczucie. Ja czułem to samo. Czułem, że straciłem jakąś część siebie. Wyszedł jakiś lekarz. Rzuciłem się na niego z płaczem.
- Ratujcie ją! Ratujcie kurwa! Ona musi żyć!
Ten typ, który przyszedł z Jessicą przytrzymał mnie i gdyby tego nie zrobił to bym chyba zabił tego lekarza.
- Niestety… - nawet nie dokończył i poszedł dalej. Pierdolona Służba Zdrowia! Czyżby miał na myśli, że.. że Vergia… nie … nie żyje? Wyrwałem się z rąk tego kolesia i pobiegłem za tamtym lekarzem. Popchnąłem go na ziemię i zacząłem go rozpaczliwie bić. Włosy mi trochę zasłaniały, więc nawet nie widziałem jak mocno go biję.
- Kurwa! Mogłeś ją uratować! Zniszczyłeś dwie osoby naraz. Przez ciebie nie tylko ona nie żyje, ale i ja. Zabiłeś nas! Nienawidzę cię! Nienawidzę!
Siły mi opadły. Zwinąłem się w kulkę i zacząłem jeszcze bardziej płakać. Oni zabrali tamtego lekarza od razu na jakąś salę operacyjną, a ja leżałem na środku szpitala łkając naiwnie. Miałem nadzieję, że obudzę się z tego koszmaru. Przypomniało mi się, że w kieszeni mam tą zakrwawioną żyletkę Vergii. Poszedłem do łazienki. Upewniłem się, że nikogo nie ma. Podszedłem do umywalki i spojrzałem w lustro. Gdy zobaczyłem swoje odbicie walnąłem mocno w taflę lustra tak, że rozbiło się na miliony kawałków. Z dłoni leciała mi krew, ale nie czułem bólu. Liczyła się tylko Vergia. Nie obchodziło mnie nawet co z dzieckiem. Vergia zawsze najważniejsza. Zacząłem oglądać jej krew na tej żyletce. Spojrzałem na swoją rękę. Umywalka była już cała zakrwawiona, więc podszedłem do drugiej. Zacząłem ciąć rękę. Potem doszedłem do żył. Sprawiało mi to satysfakcję. Chciałem przeżyć to co Vergia tnąc się żyletką, którą ona się cięła. Złączyłem naszą krew. Upadłem. Byłem bezsilny. Słyszałem już tylko jak lekarze wbiegają do toalety i ostatnie co widziałem to te lampy prowadzące do sali operacyjnej.

OCZAMI… MOIMI:
Czyżby to był koniec? Czy miłość rzeczywiście tak umiera? Czy to wszystko prowadzi do śmierci? W tak młodym wieku? Czy warto? Czy niszczenie wszystkiego sprawia, że czujemy się lepsi?
To mógłby być piękny koniec, ale nie! To się tak nie skończyło. I jeszcze długo się nie skończy, bo miłość jest wieczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz