poniedziałek, 2 stycznia 2012

The 10th Chapter

- O czym chcesz pogadać? Nie mam za dużo czasu… - powiedział bez zbytniego przekonania.
- Nie zabiorę ci go za dużo – Wsiedliśmy do sportowego samochodu i pojechaliśmy do kawiarni. Zamówiliśmy sobie po kawie.
- Słuchaj… Wiesz. Chciałam cię najpierw przeprosić za dzisiaj rano. Przecież wiesz, że jestem w tobie zakochana, ale to się stało tak nagle, bo wiesz, ja jeszcze nie jestem gotowa na dziecko. A chyba nie zaprzeczysz, że normalny nastolatek nie chciałby mieć na głowie dziecka, co się wiąże jeszcze z ogromną odpowiedzialnością, poświęceniem czasu… 
- Wiem, że masz wątpliwości. Rozumiem to, ale jak możesz myśleć, że ja cię zostawię? Przecież wiedziałem jakie jest ryzyko. Nie jestem jakimś bezmyślnym dupkiem.
- Tak wiem, ale ja tak nie myślę. Wybaczysz mi?
- Zastanowię się… - uśmiechnął się w końcu.
- Ale chciałabym ci jeszcze o czymś powiedzieć. A raczej zapytać..
- No dawaj…
- Bo ja… No bo ja… No kurcze nie wiem jak to powiedzieć… Bo ja się zastanawiałam, czy ty chcesz na prawdę to dziecko, bo ja chciałam to usunąć… 
- Ale… 
- Czekaj. Daj mi skończyć. Zależy mi na tobie, i wiem, że na początku powiedziałeś, że je chcesz, ale mogłeś zmienić zdanie. Dlatego cię pytam. We wtorek od razu po szkole idę do ginekologa jeszcze się upewnić czy naprawdę jestem w ciąży, bo nie wszystkie były pozytywne, ale jestem prawie na 100% pewna, że tak. Gadałam z Jesse’m o tym, i powiedział, żebym najpierw poszła do ginekologa, a potem dopiero powiedziała rodzicom jak się potwierdzi.
- Rozmawiałaś o tym z Jesse’m?– zapytał z lekkim zdziwieniem.
- Nie musiałam. Tak wrzeszczeliśmy rano, że wszystko słyszał.
- Ahaa, no fakt, byliśmy trochę głośno. Ale nie martw się. Ja chce tego dziecka. I będę przy tobie. Chyba, że nie będziesz chciała. – przesiadłam się koło niego i go namiętnie pocałowałam.
- Mam prośbę do ciebie…
- Tak? Jaką? – zapytał cwanym uśmieszkiem znowu mnie całując.
- Chciałabym, żebyś ze mną poszedł do lekarza we wtorek.
- Nie ma sprawy. – poszliśmy do samochodu. Znowu było tak jak dawniej…
Całowaliśmy się przez całą drogę. Zabawne.. nie minęły nawet 24 h, a my już tęskniliśmy jakbyśmy się nie widzieli 4 lata. Dojechaliśmy do Justina domu.
- Co my tu robimy? – spytałam zdziwiona i zacieszona.
- Wiesz... ciągle przesiadujemy u ciebie w domu to pomyślałem, że może lepiej by było tak na uboczu, gdzieś gdzie nikt nas nie znajdzie… czy coś.. – wyłączył silnik i położył rękę na moim ramieniu.






Autko nasze... Hohoh :PP



- Justin, w samochodzie? Jak jakieś dzikusy z dżungli… no weźźź… - uśmiechnęłam się.
- Dobra. Tak tylko sprawdzałem. – wysiadł i otworzył mi drzwi.. Dżentelmen od siedmiu boleści… Weszliśmy mu na chatę. Ja pierdole, skąd on to wszystko ma? Gdybym ja miała takie rzeczy to zaraz bym zabuliła na e-bay’u i woziła się z kasą, albo wymieniła na buty… No ale on to nie ja. Weszliśmy głębiej… basen, kino, full-lodówka.. to ostatnie najbardziej lubię… HEHE… Spytałam:
- Masz może RedBulle?
- Znowu chcesz to robić nieświadomie i to jeszcze po modlitwie… Proszę cię.. jak tak bardzo chcesz to możemy to świadomie zrobić.. – zbliżył się. Ja jednak się odsunęłam łapiąc za brzuch.
- Justin, chcesz żeby nasze dziecko się podwoiło? Chcesz mieć dwa bachory?
- Jeszcze nie wiadomo czy jedno mamy, a ty już myślisz o dwóch… Ciekawe co będzie za parę lat.
- Nie przesadzaj! – znowu się zbliżył. Ja znowu uciekłam. Dostrzegłam kostki lodu na lodówce i wzięłam całe opakowanie. Uciekałam przed nim i rzucałam w niego tym lodem, a on mnie gonił.. po kanapach.. po dywanie… po podłodze.. pod stołami… w kuchni.. w łazience… wszędzie.. w końcu mnie złapał i pocałował… jak zwykle… Rozejrzeliśmy się po jego chacie.. Ale demolka była.. W chwilę mojej nieuwagi Justin wrzucił mi dwie kostki lodu pod T-shirt.
- No pozdrowienia dla ciebie. Ale ZIMNE! Weź to wyciągnij..

Wyjął, ale jak to wyjął.. :D Nie chciało nam się sprzątać, więc wskoczyliśmy do basenu w ubraniach.. Przebierać też nam się nie chciało. Zanurzyliśmy się. Nie było tam chloru więc mogliśmy mieć otwarte oczy. Podpłynęłam do niego i objęłam jego szyję. Patrzyliśmy się na siebie.. Wiadomo co było dalej. Nagle usłyszeliśmy muzykę. Wynurzyliśmy się lekko.
- Kto to? – spytałam.
- Niewiem. Nikogo teraz nie powinno być. Chyba, że… USHER! O nie! Musimy się schować, nie powinienem teraz tu być. On zresztą też nie..
Usher nas zauważył i powiedział do mnie:
- Rozmazałaś się – i ten śmieszny brecht Ushera. – Co wy tu robicie? Justin, ciesz się że wysłałem twoją mamę do SPA, bo nie wiem co by zrobiła gdyby zobaczyła cię z tą dziewczyną.. Za często tu z takimi przychodzisz.
Poczułam się jak jakaś naiwna, tania dziwka na jedną noc. Wybiegłam stamtąd.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz