piątek, 6 stycznia 2012

The 19th Chapter

- Veeeergiii…
- Co, kurwa, no co? – powiedziała bardzo szybko.
- Już mogę wyjść, tylko nie wiem gdzie ty jesteś..
- Nieważne.
Rozłączyła się. No, ja pierniczę. Co się z nią dzieje? Zadzwoniłem jeszcze 12 razy. Za 13 razem odebrała.
- No co ty chcesz? Daj mi spokój. – mówiła wściekła.
- Ej, no… kochanie, o co chodzi… Co się stało?
- Za 3 dni będzie ślub Betty, musimy zdążyć.
- Dlatego nie odbierałaś? Dzióbek…
- Nie dzióbkuj mi teraz. Pakuję się, skarbie. Tobie też radzę. Musimy szybko wylecieć do Japonii.
- Do Japonii? Jak to do Japonii?
- Bo tam będzie ślub?
- W Japonii?
- No, kotku, przymknij się, proszę. Idź się spakować.
- Dobrze. Już idę. Ale gdzie jesteś?
- No jak gdzie? Skoro się pakuję to jestem w moim apartamencie.
Rozłączyła się. Założyłem na nos okulary, a na głowę kaptur. Wyszedłem z hotelu, tak, żeby nikt mnie nie widział. Odwróciłem się powoli. Stała tam ta blondyna. Podszedłem do niej, bo się uśmiechała.
- Co? – spytałem.
- No wiesz… Jesteś taki uroczy…
Zaczęła jeździć palcem po mojej klacie. Złapałem ją za tą rękę i cofnąłem się do tyłu.
- Zostaw mnie. Mówiłem, że jestem zajęty.
- Możemy stworzyć trójkącik.. Ja się zgadzam.. Ty chyba też tego chcesz.. – ujęła moją dłoń i zaczęła ją zbliżać do swoich piersi. Nie zdążyłem się wyrwać, gdy usłyszałem:
- Kurwa! Justin! – to była Vergia. Z jej rąk wypadły walizki i rzeczy rozrzuciły się na całej ulicy. Akurat zawiał wiatr i wszystkie jej ubrania latały w powietrzu. Ona tam tak stała i się na mnie patrzyła. Widziałem, że miała już mokre oczy. Napełniały się łzami. Popchnąłem blondynę do basenu
i pobiegłem do Vergii. Przytuliłem ją szybko.
- Vergia, ja nie.. Błagam, uwierz mi. Nie chcę cię znowu stracić.
Nie miałem już na głowie kaptura. Paparazzi mnie zauważyli i podbiegli szybko. Wbili we mnie mikrofony i zaczęli zadawać jakieś pytania. Odepchnęli mnie od Vergii. Widziałem jak odchodziła… Miała w oczach łzy. Odeszła. Krzyknąłem: Paris Hilton! I pokazałem gdzieś na plaże, ale chyba jestem od niej popularniejszy, bo dziennikarze się nawet nie odwrócili. W końcu krzyknąłem: Lady Gaga tańczy z Eminemem taniec brzucha. Dobra, wiem. To było głupie. Nawet nie zwrócili na to uwagi. Jak by niby mieli w to uwierzyć? Musiałem się bardziej postarać. Byliśmy na plaży, więc krzyknąłem: Rekin! I kto by pomyślał, że rekin jest lepszy ode mnie. Oni szybko pobiegli, a ja skorzystałem z okazji i zacząłem zbierać ubrania Vergii. Stasiek mi pomógł. Swoją drogą, nie wiem skąd on sobie wyhodował to imię… Znalazłem w jej torbie jakąś kartkę. Odwinąłem ją. To był list. Do mnie. Napisała go jak mnie nie było jeszcze w Chorwacji. Zacząłem go czytać.
 „Justin, nienawidzę cię za to, jak bardzo cię kocham. Od kiedy cię wtedy zobaczyłam w tym samochodzie… po prostu umarłam. Umarło moje ciało i wreszcie poczułam duszę. Teraz mogę poznać samą siebie. Poznałam też ciebie. Według Greckiej mitologii, ludzie zostali początkowo stworzeni z 4 ramionami, 4 nogami i głową z dwoma twarzami. Jednak Zeus podzielił ich na dwie osoby... A przy tobie odnalazłam tą swoją drugą połówkę. Oczywiście ty nią jesteś. Kocham Cię całym ciałem i całą duszą. Zwiększ we mnie miłość, bym w głębi serca umiała kosztować słodyczy kochania, w miłości zanurzać się i rozpływać. Niech miłość tak mnie ogarnie, iżbym w zapale i zachwycie przeszła samą siebie. Chcę cię kochać bardziej niż siebie, a siebie jedynie dla ciebie. Niechaj w Tobie kocham wszystkich ludzi, jak nakazuje prawo miłości, promieniejące z ciebie jak światło. Na zawsze razem, wszędzie ty i ja.
                                                                                 Na zawsze Twoja – Vergia…”
Boże, ale ja ją kocham. Przecież ja bym nigdy nie poczuł takiej miłości, gdyby nie ona. Odnalazłem tą drugą połówkę i jak zwykle wszystko się spieprzyło. Muszę… Muszę ją znaleźć… Złożyłem wszystkie jej ubrania. Podziękowałem Stanisławowi i pobiegłem jej szukać. Przebiegłem całe miasto. Co ja mówię, całą wyspę. Nigdzie jej nie było. Nawet Michael i Jack nie wiedzieli gdzie ona jest. Już 9 godzin jej szukam. Mam dość. Gdzie ona jest? Upadłem na piach na plaży i leżałem tam z jej walizką. Ściskałem jej list w garści. Skuliłem się. Słońce zachodziło. Na plaży nie było nikogo. Byłem sam. Usiadłem na piachu i podkurczyłem nogi. Schowałem głowę między klatkę piersiową, a kolana. Nie wiedziałem co mam robić. Poczułem na sobie czyjś dotyk. Ktoś mnie delikatnie gładził po plecach i wtulił się we mnie, kładąc głowę na moim karku. Słyszałam, że tek ktoś płacze. Powoli się odwróciłem.
- Vergia! Shawty! Aniołku! – wtuliłem się w nią.
- Justin, ja cię przepraszam, że tak poszłam. Powinnam ci bardziej ufać.
Byliśmy w siebie bardzo wtuleni. Pocałowałem ją namiętnie.
- Nic nie szkodzi, najważniejsze, że juz jesteś.
- Justin… Justin, ja… Kotku, ja wiem, że pół dnia mnie szukałeś.. Przepraszam, że…
- Już dobrze.
Otarłem jej łezki z polików.

OCZAMI VERGII: 
Dlaczego ja jestem taka głupia? Taka zarozumiała? Ty podła egoistko. Znowu straciłabyś najważniejszą osobę twojego życia. Wszystko musisz pieprzyć. Nie umiesz cieszyć się szczęściem? TO SIĘ KURWA NAUCZ! Bo przez to ranisz swoich bliskich. I siebie. Czy ty jesteś…? Nie, dobra, wiesz co zamknij się. Nie chcę cię słuchać. Jesteś pierdolnięta. I tyle. Ty lepiej się ciesz, że Justin cię szukał. I że naprawdę cię kocha, bo mógł cię olać i mieć w dupie. Ale nie! Bo masz zajebiste szczęście. I nie zmarnuj go. Dość. Nie chcieliśmy tracić tej pięknej chwili. Zawsze po rozstaniu jest tak romantycznie, namiętnie. Fruwa nad nami wić miłości. Jak babie lato opadające powoli na ziemie, które przemija. My też wkrótce przeminiemy. I to jest w tym wszystkim najgorsze. Że szczęście, czy nieszczęście, miłość czy nienawiść, wszystko tracimy. Taka kolej rzeczy. Bo nie wierze, że istnieje takie coś jak życie wieczne. Po prostu umiera się i już. A dla mnie te godziny, które z nim spędzam, są jak pachnący ogród, jak ten piękny zachód słońca, jak delikatne światło poranka i fontanna, która dla niego śpiewa. To on, i tylko on sprawia, że żyję. Dalej leżeliśmy wtuleni w siebie. Miałam przymknięte powieki. Oczy załzawione całodniowym łkaniem. Rzeczywiście jestem pierdolnięta skoro tak myślę. Usłyszałam Jack’a:
- Wasz samolot zaraz odlatuje.
Wstaliśmy i pojechaliśmy na lotnisko. Nie będę opowiadała podróży, tzn. co się działo w samolocie, bo praktycznie cały czas spaliśmy wtuleni w siebie, bo byliśmy zmęczeni.
Jak już wysiedliśmy z samolotu zobaczyliśmy dużo domków, takich charakterystycznych dla Japonii. Było też oczywiście dużo chińczyków. Szliśmy przez ulicę i większość z nich się do nas kłaniała, składając dłonie, jakby się zaraz mieli modlić. Ogólnie to widać było, że niedawno padał deszcze, gdyż wszędzie były krople deszczu. Weszliśmy gdzieś gdzie było takie dziwne okrągłe wejście w murze. Zobaczyłam kwitnącą wiśnie. Może to nie Japonia, ale wiśnia akurat tutaj rosła przepięknie. Justin mi zrobił zdjęcie, jak mi wsadził we włosy kilka kwiatków.
- Tak słodko wyglądasz. Mhmm… - podszedł do mnie z tym aparatem, złapał gdzieś z tyłu i pocałował. Zaśmiał się słodko i złapał mnie za rękę. Co chwila robił mi zdjęcia. Szliśmy tymi uliczkami i poszliśmy do kościoła. Jakaś dziewczynka krzyknęła do taty: „Już tatuś!” To niby tylko dwa słowa, ale Justin się przygnębił. Chciałam go jakoś rozśmieszyć, więc się wywaliłam. Zaczęłam się śmiać. Mohery się na mnie patrzyły, ale trudno. Ważne, że Justin się śmiał. Wyszliśmy z kościoła. Byliśmy dziwnie szczęśliwi. Justin zaczął śpiewać Singing In The Rain z Deszczowej Piosenki. Zabawnie nieźle mu to wychodziło. Zachowywał się tak samo jak aktor z tego musicalu. Skakał po chodniku, po trawniku i po jezdni. O mało go auto nie przejechało. Rozśmieszał mnie. Cokolwiek by nie robił, ja się śmiałam. Zerwał mi stokrotkę i skakał wokół mnie. Wzięłam kwiatek, nieśmiało się uśmiechając. W pewnym momencie zaczął stepować w kałuży. Było ich mnóstwo, bo przed chwilą padał deszcz, ale już świeciło słońce. Ochlapał mnie wodą i się do mnie przytulił, tak że o mało mnie nie wywalił. Przynajmniej było śmiesznie. Nie chciałam być mu dłużna, więc zaczęłam śpiewać piosenkę The Golden Age. Nieważne, że jest w reklamie Heineken’a. Też zaczęłam tańczyć, ale nie tak normalnie, tylko jak dziecko szczęścia. Jakbym była z lat.. no nie wiem… 60. może… albo tańczyłam jak Marilyn Monroe… Fajnie było. Dotańczyliśmy tak, aż do fontanny na Placu Wolności. Nazywam to Placem Miłości, bo każdego dnia są tam same zakochane pary. Są też głośniki. Włączyli Chris Brown – Yeah 3x. Justin podał mi rękę, złapałam go. Wciągnął mnie do fontanny. Zaczęliśmy tam tańczyć. To było niesamowite. Czułam się jak w bajce. Ludzie nas nakręcali, robili filmiki. Justin się nie przejmował paparazzi. Ja zresztą też. Widzieliśmy tylko siebie. Woda się rozlewała poza fontannę. Trochę ją tak jakby wykopywaliśmy z tej fontanny. Śmialiśmy się do siebie. Byliśmy mega szczęśliwi… i cali mokrzy. Z naszych kosmyków kapały krople wody. Nawet mi się mój lekki makijaż rozmył. Piosenka się skończyła, a Justin wziął mnie na ręce. Wyszedł ze mną z fontanny. Wszystkim się podobało jak tańczyliśmy, więc jak wyszliśmy, zaczęli bić brawo. To było słodkie. Czułam się jak… księżniczka…
Postanowiliśmy odwiedzić moją babcię. Była zdziwiona, że do niej przyszłam, i to z Justin’em Bieber’em. Podeszła do niego i powiedziała:
- Szałowe spodnie. Gdzie kupiłeś?
Moja babcia nie jest jakimś moherem. Zamieszkała w Japonii jak była młoda. Rozwiodła się z dziadkiem i wyszła za Japończyka. Bunia jest spoko, ale jak czasem coś powie to mogę się zapaść pod ziemię. Justin się zaśmiał. Babcia zrobiła coś do picia. Jakiś koktajl truskawkowy. Pozwoliła nam pójść do sadu. Justin wziął jakiś nóż i wyrył na drzewie nasze inicjały. Powiedział, że tak jak będzie rosło to drzewo, tak będzie rosła nasza miłość. To brzmiało uroczo. Przybiegł pies mojej babci. Justin zaczął się z nim bawić. Piesek jest mały i czarny. Tak słodziutko wyglądał jak się bawił z małym pieskiem. Trochę wiał wiatr. Nasze włosy latały na wszystkie strony. Uśmiechaliśmy się do siebie. Justin nagle zaszedł mnie od tyłu i zakrył mi oczy.
- Mam dla ciebie niespodziankę – powiedział.
Zaprowadził mnie pod duże drzewo. To taka wierzba płacząca. Ogromna. Weszliśmy pod liście. Na gałęziach wewnętrznych były poukładane świeczki. Było romantycznie. Aż nie mogliśmy się powstrzymać. Zaczęliśmy się namiętnie całować. W myślach miałam piosenkę Sexyback. Położył mnie na trawie. Położył się na mnie. Cały czas się całowaliśmy. Rozpiął mi bluzkę i włożył rękę pode mnie. Ja swoją dłoń położyłam na jego plecach. Ułożył się obok mnie. Zdjęłam mu koszulkę i rzuciłam obok na gałąź. Zdjęłam sobie buty i stópką zsunęłam też jemu. Leżeliśmy tam boso i bez koszulek. To było piękne. Nie chcieliśmy zrobić nic więcej. Po prostu tam tak leżeliśmy w trawie i całowaliśmy się… no dobrze, z języczkiem. Przyznaję się, ale to nie było tak na chama tylko cudownie i przyjemnie, no wprost niesamowicie. Nie ujmę tego w słowa. Nie potrafię. Nie da się. Długo tak tam byliśmy. Potem wyszliśmy na pole. Leżeliśmy wtuleni w trawie i podziwialiśmy chmury przytuleni do siebie. Miały różne kształty. Jedna przypominała coś, czego nie powinna była przypominać. Mianowicie ptaszka.. tak, w tym innym znaczeniu. Nagle poczułam, że coś po mnie chodzi. Okazało się, że położyliśmy się na mrowisku. Szybko wstaliśmy i zaczęliśmy się roztrzepywać.
- Kurwa, chyba mam jedną w bieliźnie. – powiedziałam i zaczęłam się śmiać. Jak już spoważniałam, Justin powiedział, żebym mu pokazała.
- Ej, no nie!
- Żartowałem, kotku.. – uśmiechnął się i mnie objął – Mhmm.. Czuję perfumy od Christiny Aguilery…
- Skąd ty wiesz jak to pachnie?
- Zapoznałem się z wszystkimi twoimi zapachami. Wczoraj np. poczułem Beyonce – Heat.
Zaczęliśmy się śmiać.
- Ty mały durniu! Jesteś niepoważny. – śmialiśmy się dalej. Przerzucił mnie przez ramię i złapał za nogi. Leżałam na jego ramieniu, a on biegał w kółko. Było zabawnie. Walnęłam go lekko z pięści w ramię. Jak już się opanowaliśmy, wsiedliśmy na huśtawce na ogródku babci. Justin się na mnie patrzył i głaskał moje włosy.
- Verguśś…
Zsunęłam się i położyłam pleckami na jego brzuszku.
- Tak, Justin? – spoglądałam mu w jego czekoladowe oczka.
- Pomyślałem, że może… Może byśmy zamieszkali razem…
Wstałam.
- Ale… Jak to? Nie uważasz, że to wszystko za szybko się dzieje?
- Nie. Ja jestem pewny mojego uczucia.
- No, ale przecież… Nie, Justin! Nie! To dla mnie za szybko.
Pobiegłam do domu babci. Znalazłam ją w kuchni.
- Babciu, co ja mam zrobić? – powiedziałam bardzo szybko i nerwowo.
- Ale z czym?
- No… Mam z nim mieszkać?
- To twoja decyzja. Jeśli bardzo się kochacie to ja nie będę wam stała na drodze…
- Ale jesteś moją babcią. Powinnaś mi coś doradzić. Nie uważasz, że to za szybko?
Usiadła na fotelu na ganku, a ja uklękłam przy niej. Czułam się jak w Ojcu Chrzestnym.
- Ty do mnie przychodzisz? Prosisz mnie o coś? Cóż ja mam ci powiedzieć?... Jeżeli on ci to zaproponował tzn., że traktuje to wszystko poważnie. Może chce zacząć z tobą nowe życie. Wie, że twoi rodzice nie żyją i prawdopodobnie boi się, że nie zniesiesz widoku domu, w którym niegdyś mieszkali oni.
Ucałowałam ją w duży pierścień i wyszłam z domu. Poszłam do Justina. Siedział smutny na huśtawce, tuląc poduszkę. Spojrzałam na niego. Od razu wiedział, że się zgadzam. Uśmiechnął się i podbiegł do mnie.
- Dziękuję, dziękuję! – krzyczał i mnie całował.
- Ej, już dobrze. Uspokój się, misiu. – szeptałam mu do ucha.
Zadzwonił do jakiegoś Boba Budowniczego. Zostało nam tylko wymyślić jak ma wyglądać nasz pierwszy, wspólny dom. Włączył głośnomówiący.
- Dom niech będzie duży, baaardzo duży, w klimacie.. Jakim, kotku? – spytał.
- Jak chcesz.
- Nie, jak ty wolisz.
- No dobrze… Myślę… Wiesz, bardzo mi się podobają japońskie domy i mają takie piękne, duże ogrody, jest dużo czerwonego koloru… tak trochę romantycznie, ale…
- Żadne ale! Klimat będzie japoński, taki jak w Japonii.
- Ale nie Made In Japan…
- Nie! Nie będzie nic z niewolniczej pracy małych Japończyków.
Przytuliłam go, bo nie wiedziałam skąd on wie, o czym myślę.
- No, już okej. – odsunął mnie trochę. – I jeszcze chcemy, żeby w ogrodzie była wiśnia.
- Ooo… Tak. Dobrze!
- Ale bez biebergazmów. – zaśmiał się Justin. Ucałowałam go słodko w policzek.
- Chciałabym mieć taką biblioteczkę w domciu i żeby tam było dużo książek, a na ścianach takie wielkie nasze zdjęcia…
- Dobrze. Wszystko będzie. To ja chcę basen. I żeby wychodził na zewnątrz, żeby był wieelki.
- No to ja chcę jeszcze saunę.
- A ja kino. Taka jedna, ciemna sala z wieloma wygodnymi fotelami. Ale mała.
- No to ja chcę, żeby wszystko było na baterie słoneczne. Oszczędnie!
- Haha, dobrze kotku. A ja chcę, żeby u nas w sypialni…
- Yyy… czekaj. Będziemy mieć wspólną sypialnię?
- No tak.. – powiedział cicho.
- Oj, dobrze. – rzuciłam się na niego i zaczęłam go namiętnie całować. Jak się uwolnił z moich objęć rzekł:
- W sypialni na suficie będzie lustro dla pikanterii.
Zaczęliśmy się śmiać.
- Mhmm… A w salonie będzie kominek, taki oldskulowy i przed nim dywanik malutki, z frędzlami. Wieczorami będziemy… - zaczęłam.
- Nie wyprzedzaj faktów.
Wtuliłam się w niego. Było mi cieplutko i bezpiecznie.
- I będziemy mieć wspólną łazienkę, albo dwie… Jedna dla gości. I głównym wzorem w nich będzie zebra. Będziemy mieć po 2 umywalki.
- Ołkej. – powiedziałam śmiesznym głosem. – a z kuchnią będzie połączona jadalnia.
- Dobrze. No i to wszystko będzie w tym miejscu, w którym się umówiliśmy. – powiedział do Boba.
- To znaczy gdzie? – spytałam.
- Niedaleko domu twoich..
- Dobrze, dziękuję! – powiedziałam, pocałowałam go  i poszłam do babci. Przespałam się trochę w łóżku, a jak się obudziłam leżałam na trawie. Justin stał nade mną z aparatem.
- Tak słodko spałaś… Musiałem ci zrobić zdjęcie.
- A jakim cudem znalazłam się tutaj?
- No ja cię przyniosłem.
- A po co?
Nie uzyskałam odpowiedzi. Nigdy nie odpowiada na tzw. retoryczne pytania, które zadaję. Czasem nawet on sam nie potrafi na nie odpowiedzieć, więc woli to przemilczeć. Jak zwykle patrząc na jego męskie ciało i słodkie usta nie mogłam się oprzeć. Pragnęłam seksu, seksu i jeszcze seksu z nim. Wiedziałam, że babcia mogła nas nakryć, ale mam to serdecznie w dupie, więc co mi tam. Złapałam go za szyję i przyciągnęłam do siebie. Na chwile oderwał swoje aksamitne wargi i zapytał:
- Kochanie, co w ciebie wstąpiło, hmm? Jakiś.. Dziki ogier?? – Szepnął i Poruszał swoimi seksownymi brwiami.
- Chyba ogierrrrrka :P
- A jak babcia nas zobaczy? 
- Mam to w dupiee.. Tylko ty się liczysz. 
- Tylko ty. 
Kontynuowaliśmy to, co przerwaliśmy, zapatrzeni w siebie mając gdzieś cały świat i ludzi. Istnieliśmy tylko dla siebie tworząc jedność. Powoli rozpięłam jego koszulę zmysłowo jeżdżąc po jego torsie, ja miałam sukienkę, też nie był mi dłużny. Wszystko układało się wspaniale, odór namiętności wisiał w powietrzu, kiedy nagle…
- Eckhem… Nie przeszkadzam, kochani? – zgadnijmy kto to… Moja babcia oczywiście! Czułam jak robię się czerwona na twarzy. Just też się zawstydził. 
- Yyy, nie, cześć babciu. Właśnie szliśmy na śniadanie.. 
- Jasne, jasne gołąbeczki. Starej babci, która widziała i robiła już w życiu wszystko nie da się oszukać i oczu zamydlić. Spoko ziomy, chodźcie do kuchni, jedzenie czeka, tylko się ubierzcie hahhaa – zaczęła się śmiać. Nie wiedziałam, że babcia szpanuje takim językiem. Chyba chciała nam wiekowo dorównać, ale jej nie wyszło. Ale i tak jest słodka. Tylko teraz muszę unikać bycia z nią sam na sam bo zacznie się kazanie.
Babcia poszła, a my zaczęliśmy chichotać. Justin podał mi rękę, żebym wstała. Ubraliśmy się. Nie chciało nam się tam iść, ale niestety. Połączyliśmy się jeszcze na koniec w namiętnym pocałunku. Przepletliśmy nawzajem swoje palce i poszliśmy do ogrodu. Tam czekał stolik zastawionymi różnymi pysznościami. Miałam ochotę na wszystko, więc nie mogłam się zdecydować. Zdecydowałam, że nie będę jeść słodkiego na śniadanie, więc nałożyłam sobie jajecznicy, którą uwielbiam. Za Justem nie nadążałam, bo wpieprzał aż mu się uszy trzęsły :PP. Na serio haha, zjadł chyba wszystko, stół pozostał pusty, nawet nic dla babci nie zostało. No ale nic. Cóż poradzić. Pewnie jak zwykle nasmażyła sobie naleśników jak co rano, bo ona nic innego nie je. Jak można na okrągło jeść naleśniki? Nie kminie. Po śniadaniu poszliśmy na bujaną huśtawkę z tyłu domu, gdzie był przepiękny sad. Justin siedział, a ja położyłam głowę na jego kolanach kładąc się. Korciło mnie, żeby zapytać się o nasz wspólny dom. Ale nie wiedziałam, czy to nie będzie natręctwo. Nie mogłam się powstrzymać.
- Kochanie… - zaczęłam.
- Tak skarbie? 
- Wiesz, tak sobie myślę.. Nie mam zbyt wielu oszczędności, tylko te pieniądze rodziców i nie stać mnie na taki dom. 
- Ale przecież.. 
- Poczekaj, daj mi skończyć. Nie chcę, żebyś wydawał tyle pieniędzy. Żebyś za wszystko płacił, nie chcę cię wykorzystywać. Będę miała wyrzuty sumienia.
- Ale..
- Justin, żadne ale!
- Kochanie! Zamknij się w końcu i daj mi coś powiedzieć! Potraktuj to jako.. prezent.. ty po prostu będziesz mieszkała tam ze mną.. Jak będziemy mieli dziecko to będziemy je tam wychowywać.. Ja mam kupę kasy i to dla mnie naprawdę nie ma znaczenia ile wydam na ten dom. Będziemy mieli zapewnioną przyszłość i wgl.. Zrozum, że…
Rzuciłam mu się na szyję.
- Justin! Rozumiem wszystko, już rozumiem. Tylko proszę cię.. Przestańmy już o tym mówić. Pójdź lepiej na wieczór kawalerski tego Muhammeda czy jak mu tam..
- Jaki wieczór?
- Nie mówiłam ci? Jutro jest wieczór kawalerski i panieński. Ja mam iść na panieński, a ty..
- Na kawalerski? Przecież ja nie znam tego Muhammeda..
- Oj tam, oj tam.. Ale będzie tam Jesse i.. no, nie każ mi zostać z tobą w domu!
- A nie chcesz?
- Bardzo chcę i w tym problem. To moja siostra, muszę iść.
- No dobrze..
- A i jest jeszcze jedno. Muhammed da ci obrączki i będziesz jego drużbą.
- What the..? What the..?
Musnęłam go dłonią po policzku i poszłam do babci.
- Babciu, jak myślisz.. czy ten ślub z Muhammedem to dobry pomysł?
- Skoro go kocha to niech wychodzi za mąż. Co za problem?
- No tak, ale czy on będzie dla niej dobry? To znaczy.. Ja nie wiem jak to jest tu u was, bo w końcu to Azja, nie Ameryka, czy Europa…
- Dziecko! Ale ty głupia jesteś..
- No wiesz, babciu.. Jak możesz..
- To, że jesteśmy z innego kraju to nie znaczy, że jesteśmy jakimiś bestiami..
- No, ale przecież.. W tych krajach różne rzeczy się dzieją.
- Tak, ale nie takie, że mąż znęca się nad żoną. To nie Ameryka!
- Babciu, nie obrażaj naszego narodu!
- Ty mój obrażasz bez problemu.
- Nie, ja tak z tobą nie będę rozmawiać.
Ruszyłam naburmuszona w stronę drzwi.  Nie moja wina, że jestem patriotką.
- Czekaj, kochana. Co to za fochy! Opamiętaj się.
- Dobrze, przepraszam babciu.
Desperacko się odwróciłam i przytuliłam do babci. Potrzebowałam się do kogoś przytulić.
- Vergia, dziecko.. Jest coś co muszę ci pokazać. Tobie i Betty, Justin’owi i Muhammed’owi. No i Jesse’mu.
- Co?
- Już robi się ciemno. Jutro o siódmej spotkamy się wszyscy na strychu. Nie spóźnijcie się. A teraz idź spać.
Popatrzyłam się na nią podejrzliwie. Powoli poszłam po schodach do pokoju. Justin już leżał na łóżku, czytając jakąś gazetkę motoryzacyjną. Czułam, że coś mnie ściska  w brzuchu, czułam, że jutro zdarzy się coś złego.
- Co czytasz?
- Polacy stworzyli odpowiednika Ferrari i Lamborghini.
- Tak?
- No, nazywa się Arrinera. Ma 650-konny silnik V8 i osiąga setkę w 3,2 sekundy.
- A ile jest w stanie wyciągnąć?
- 320 km/h.
- Mmm..
- Ale będzie w sprzedaży dopiero w 2012 r. i..
- Co?
- Jakieś 470 tysięcy.
- No, nie powiesz mi, że dla ciebie to dużo..
Zaśmiał się. Poszłam do łazienki. Spojrzałam w duże lustro na ścianie.
- Justin, czy ty nie masz wrażenia, że ja jakby trochę przytyłam… i… brzuszek mi się zaokrąglił.
- No wiesz.. Też to zauważyłem, ale nie chciałem nic mówić. Poza tym jakby ci troszkę biust urósł.
Wychyliłam głowę zza drzwi. Justin wyszczerzył swoje bielutkie ząbki i zakrył się gazetą.
- Ty zboczeńcu! – rzuciłam się na łóżko obok niego. Wyrwałam mu gazetę i zaczęłam go walić po głowie.
- No co?
- To ty do cholery gapiłeś mi się na cycki i udawałeś, że czytasz. Nie! Nie!
W tym momencie wyrzucił gazetę poza łóżko i przykrył mnie swoim ciałem. Zaczęliśmy się namiętnie całować.
- Mmm.. Co ty robisz, Justin, babcia jest w pokoju obok! – wymruczałam.
Przeniósł się do pozycji siedzącej i poprawił sobie spodnie.
- Masz rację. Musimy z tym poczekać.
Justin się wykąpał, ja po nim. Położyliśmy się w łóżku i przykryliśmy kołdrą. Odwróciliśmy się oboje do wewnątrz i patrzyliśmy sobie w oczy. Nastawiłam budzik na 6.30 am. Zasnęliśmy.
Mnie pierwszą obudził budzik. Potem Justin otworzył oczy. Leżeliśmy na łyżeczkę, tzn. Justin obejmował mnie, a ja trzymałam jego rękę z przodu i mieliśmy trochę skulone nogi. Klepnęłam go w tyłek.
- No, Justin! Trzeba wstawać.
Zeszliśmy na śniadanie i zobaczyliśmy, że w kuchni byli już: Betty, Jesse i Muhammed.
- Vergia! – krzyknęła Betty – Tak dawno cię nie widziałam.. – przytuliła się do mnie. Ja do niej też.
- To jest Muhammed – pokazała na tego klienta. Wyglądał jak.. młody Leonardo DiCaprio. Był podobny do Jack’a. Pocałował mnie w dłoń i przytulił się do Justina. Zjedliśmy śniadanie i babunia poprowadziła nas na strych. Wzięła jakąś starą lampę na ropę, bo był0 ciemno.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz