poniedziałek, 2 stycznia 2012

The 11th Chapter

OCZAMI BIEBERA:
No pięknie. Co za debil!
- Usher, ocipiałeś? Włazisz mi na chatę, okłamujesz moją muzę…. Tzn. dziewczynę mojego życia.. Weźźź… Pojebało cię coś? Ona pomyśli, że jest jedną z wielu. Znowu nasze życia stracą sensy. Po co to zrobiłeś, idioto?
- WOW! Mały! Nie zagalopowałeś się trochę? Zawsze mnie traktowałeś jak dużego brata, a teraz nagle jakiś lachon odmienia twoje życie i szacunek do mnie. Naprawdę musisz ją kochać…
- Nie no, co ty, tylko sobie jaja uprawiam…
Wybiegłem. Czułem się jak kompletny dupek. Pobiegłem do lasu niedaleko mojego domu. Vergia leżała na ziemi i płakała. Zobaczyła, że idę. Odwróciła się.
OCZAMI VERGII:
- Spierdalaj jebany chuju! Jesteś zwykłą męską dziwką. Spieprzaj do swojego pięknego życia i do swojej Seleny, Jasmine czy z kim ty tam jesteś… - mówiłam wszystko przez potworne łzy. Za bardzo go wtedy nienawidziłam żebym mogła z nim rozmawiać. Chciał się zbliżyć i mnie przytulić, ale wstałam i nie odwracając się uciekłam od niego jak najdalej. Było już ciemno. Byłam na środku lasu i kompletnie nie wiedziałam co robić. 
Nigdzie nie widziałam Justina, ani Ushera, ani nikogo. Były same drzewa. Gdzieniegdzie biegło jakieś zwierzę. Spojrzałam na mój brzuch.
- Widzisz kochanie… Tak jak mówiłam.. Tatuś cię nie chce, tatuś mnie nie kocha. Wykorzystał mnie.
Położyłam się na ziemi i zasnęłam oparta o jakiś pień. Rano, gdy już wstałam zobaczyłam, że ktoś idzie. To był Usher.
- Vergia! Vergia! Przepraszam cię strasznie. To był głupi żart. Jesteś jedyną jego dziewczyną. Strasznie przepraszam, a teraz chodź. Błagam, musisz ze mną iść.
Złapał mnie nerwowo za rękę i ciągnął za sobą. Wyrwałam mu się.
- Nigdzie nie idę! On mnie nie kocha.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo mu na tobie zależy. Po tym jak wybiegłaś wyskoczył przez szybę w łazience i cały w krwi leżał krzycząc twoje imię. W całym ciele miał odłamki szkła. Płakał i wszędzie była krew. To było straszne. Nie mogłem na to patrzeć. Przyjechał jakiś lekarz. Opatrzył go czy coś. On teraz leży nad basenem i obserwuje czarne resztki po twoim tuszu wciąż przez łzy, powtarzając: "Vergia! Kochanie, wróć.." Słuchaj mała.. jak to dla ciebie nie jest wystarczający dowód na miłość to ja nie wiem.. Błagam, chodź.
Stałam jak głupia. Gdy tak tego słuchałam łzy lały mi się z oczu i sama miałam ochotę się za to zabić. Czy ja nie potrafię mu zaufać? To był tylko głupi żart Usher’a, a ja mu tak od razu uwierzyłam. 
Ze złości na siebie biegłam żeby się walnąć w jakieś drzewo i umrzeć, ale Usher mi na to nie pozwolił. Jak chciałam, żeby Justin żył to musiałam tam pójść, a przecież go kocham, więc pobiegłam za Usher’em. Weszliśmy do domu. Stanęliśmy nad basenem. Bałam się dotknąć Justina, bo cały był we krwi, opatrunkach i płakał. Powiedziałam niepewnie:
- Justin! Przepraszam, nie umieraj.. Proszę cię… ja nie chcę cię stracić. Upadłam koło niego na podłogę. On wciąż nie odzywając się obserwował taflę wody, w której odbijały się nasze twarze. Nie chciał na mnie spojrzeć. Wciąż płakał. Czułam jak mnie boli serce. Czułam jak mnie boli brzuch. Zostaliśmy już sami. Spojrzał na mnie w końcu i powiedział:
- Jak mogłaś?
- Ale… Justin!
Przytulił mnie.
- Za bardzo cię kocham żeby ci nie wybaczyć. Przyszłaś… Już czuję się lepiej. Pojedźmy do ginekologa.
- Ale… Ty..
- Lekarz powiedział, że mogę.
Pojechaliśmy więc. Weszliśmy do sali tej lekarki i coś tam gdzieś tam mnie badała.
- Nie za młoda jesteś?
- No…. Właściwie…
Potem powiedziała do Justina:
- Ty pedobearze… Czy wy wgl się kochacie? Czy warto było?
Woleliśmy nie odpowiadać. Osądziła nas po pozorach.. jak większość ludzi.. Gówno wiedzą, a niby najwięksi eksperci…
- Justin, więc, ty jesteś ojcem? – spytała.
- Więc jestem w ciąży? – spytałam.
- Tak, dziecko, a czego się spodziewałaś. Przychodzisz do ginekologa i co ja mam ci powiedzieć, że jesteś w worku…
- Jednak pani nie ufam… - powiedziałam.
Justin mi zaczął tłumaczyć, że to lekarz, więc nie może kłamać. Wyszliśmy stamtąd. Wsiedliśmy do samochodu. Zaczęliśmy jechać. Nikt się nie odzywał. W końcu Justin powiedział:
- To jesteśmy teraz rodziną?
- Mamy niby wziąć ślub?
- Nieważne, - powiedział. – Wiesz.. Kocham cię, a to dziecko to wiesz… dziwnie się czuję. Chciałem spłodzić dziecko w wieku 30 lat, a nie kurwa ledwo pełnoletni i już dzieciaka ma…
- Też tak myślę, może usunę tą ciążę..
- Nie możesz. To też już jest życie. Chcesz zabić własne dziecko?
Zjechał na pobocze.
- Nie możesz go zabić. To dowód naszej miłości. Musimy go kochać.. Ja już go kocham..
Pocałował mój brzuch. Wtedy poczułam syndrom matki Polki. Nie oddałabym tego dziecka za nic w świecie. Kochałam je. On je kochał. Justin zapalił silnik i wróciliśmy na trasę. Jechaliśmy. Byliśmy już 20km od szpitala. Nagle zobaczyłam jakieś światło.
Gdy się obudziłam byłam w białym pomieszczeniu. Wokół byli lekarze. Nie było nigdzie Justina. Byłam przywiązana do jakichś kroplówek.
- Gdzie.. Gdzie ja jestem? Gdzie jest Justin? – spytałam.
- Justin jest w ciężkim stanie. Cały krwawił jeszcze przed wypadkiem, a twoje dziecko.. przykro nam…
Zbiegłam z łóżka i wybiegłam z sali. Kroplówki mi odpadły, a ja wbiegłam na salę operacyjną, gdzie Justin leżał na stole taki bezbronny. Wyglądał jakby umarł. Jakiś facet mnie dogonił i wyniósł stamtąd. Jednak ja wbiegłam jeszcze raz i położyłam się tam obok Justin’a. Pocałowałam go. Nagle straciłam poczucie świadomości. Chyba dostałam jakiś zastrzyk uspokajający.
Czułam się jakbym doznała śmierci klinicznej. Szłam sobie w stronę światła… Kiedy nagle ktoś mnie budzi. To był Justin. Strasznie się za nim stęskniłam. Myślałam, że nie żyje, a on był cały i zdrowy. To było dziwne. Stał nade mną i się uśmiechał. Próbowałam coś powiedzieć, ale nie potrafiłam. Wtedy powiedział:
- Hej kochanie, jak się czujesz? Myśleliśmy, że nie żyjesz… Tak się bałem…
- Ja o ciebie też. To ty leżałeś na sali operacyjnej, nie ja. Ale nie wiem, jak to się stało, że ty tu jesteś, i nic ci się nie stało…
- Chyba musiało ci się zdawać… Wczoraj wpadłaś pod tira, ale w porę zahamował i nie było tak źle.. Bo wiesz, po takim wypadku to raczej nie da się przeżyć. To jakiś cud! Nie wierzę, że żyjesz. Tak się cieszę.
- Yyyy, jak to możliwe? Przecież my mieliśmy wypadek, jak jechaliśmy od ginekologa… Złapałeś mnie za rękę, zadzwonił ci telefon…
- Jesteś pewna?
- Tak oczywiście, przecież… Chwila… Czuję się jakby to było naprawdę, ale ty jesteś cały i zdrowy… Ja wszystko pamiętam, ale coś się nie zgadza… Czyli mogę robić co chce? Czuję wszystko… Wiesz co Justin? Chodźmy stąd jak najszybciej! Zabawimy się! – nie wiedziałam za bardzo co robię, ale działałam pod lekką presją. Nagle lekarz: 
- Proszę się odsunąć! Ta pani stanowi zagrożenie dla życia! Musimy zapiąć ją pasami! Trzymać ją! To wariatka! Może egzorcysta? – jakimś cudem wyrwałam się im i wybiegliśmy ze szpitala. Byliśmy już przy samochodzie, kiedy zauważyłam, że mam na sobie tylko jakiś biały fartuch. Zero niczego, nawet bielizny. Na szczęście w aucie miałam jakieś ubrania. Przebrałam się w nie i pojechaliśmy… Do hotelu. Skoro to chyba objaw śpiączki, to mogę robić co chcę, gdzie i kiedy chcę. Zamówiliśmy więc sobie pokój z jednym łóżkiem. Potem blah blah blah… Najpierw poszliśmy się wykąpać, a potem… Rżnęliśmy się całą noc. Było cudownie,  jak w dobrym pornolu dla dorosłych. Aż tu nagle…
- Proszę pani…? Dobrze się pani czuje? Była pani w śpiączce.  Dwa tygodnie. Pani chłopak jeszcze się nie wybudził, ale powinien już niedługo.
- Mogę do niego pójść? Proszę, dobrze się czuję. Ale z nim wszystko dobrze? – rozbudziłam się gwałtownie.
- Tak, stan stabilny. Widzę, że go pani kocha, tak pani na nim zależy. Zazdroszczę. Taka wczesna, ale piękna miłość. Rzadko się zdarza. Może pani do niego iść.
- Dziękuję panu, dziękuję! – chciałam wstać, ale nie czułam nóg.
- Może pani pielęgniarka panią zawiezie, jest pani jeszcze osłabiona.
- Ja pierdziele, zapomniałam o dziecku? A co z nim?
- Niestety, nie mogliśmy go uratować. Nie miało szans przeżyć takiego wstrząsu. Szczęście, że państwo żyjecie. Może w przyszłości postaracie się o następne.
Zaczęły mi lecieć łzy. Rozpłakałam się na dobre.
- Proszę mnie zawieźć do Justina, błagam.
Pojechaliśmy. Nie dało się opisać moich uczuć. Myślałam, że mój świat się zawalił. Na początku nie chciałam tego, dziecka, ale w końcu wspólnie je pokochaliśmy. Nie wiem jak Justin to zniesie. Mam nadzieję, że nie będzie na mnie zły. Usiadłam koło jego łóżka. Złapałam go za rękę i szlochałam po cichu. Przybliżyłam się do niego. Moja łza spadła na jego twarz. Zatrzymała się na ustach. Pocałowałam go. Powoli otwierał oczy. Przez chwilę nic nie mówiliśmy. Nagle zaczęłam:
- Hej kochanie, już dobrze? Miałeś poważne obrażenia…
- Hej, dobrze, kiedy cię widzę jestem szczęśliwy, możesz to powtórzyć?
- Ale co?
- No to… Zanim otworzyłem oczy!– uśmiechnął się podstępnie – póki jeszcze lekarz gdzieś sobie poszedł, bo zaraz przyjdzie 
- Oj tam, oj tam…
- No proszę, brakowało mi tego… Chociaż...
- No wiesz? Nie tęskniłeś?!
- Oczywiście, że tęskniłem. Specjalnie to zrobiłem hehe
- Już nic nie mów ok? – I pocałowałam go czule. - Lepiej?
- O wiele. – Jakieś 10 sekund później wszedł lekarz.
- Obudził się pan, szybko. Dobrze się pan czuje?
- Tak, ale wie pan, to chyba cudowna łza mojej ukochanej mnie obudziła!
- Co za dowcipniś z pana, ledwo się obudził, a już żartuje. Wy chyba naprawdę się kochacie. 
- Oczywiście – odpowiedzieliśmy równo.
- Może nas pan na chwilę zostawić? Muszę mu to powiedzieć… 
- Oczywiście, już wychodzę, tylko wie pani, delikatnie, może to źle przyjąć.
Strasznie się bałam jego reakcji, wiem, że od początku zależało mu na tym dziecku. A jak on będzie mnie za to winił? Przecież to nie ode mnie zależało. Jak mnie kocha to zrozumie. Biłam się z myślami. Ale nie mogę tego przed nim ukryć, za dużo dla mnie znaczy.
- Justin, chciałam z tobą porozmawiać… To nie będzie łatwe, ale za bardzo cię kocham, żeby ci nie mówić…
- Nie urodzisz dziecka prawda? Nie przeżyło? Wiedziałem, że chcesz mi o tym powiedzieć. Jest mi ciężko, ale nie obwiniaj się, proszę. – poleciała mu pojedyncza łza. Otarłam mu ją.
- Wiedziałam, że mnie zrozumiesz. Przepraszam…
- To nie twoja wina. – usiadł, przyciągnął mnie do siebie. Potrzebowałam jego pocałunków. Były zmieszane z naszymi łzami, ale to nieważne. Trochę dziwnie się czułam, bo to w szpitalu, wszyscy się patrzą i w ogóle. Po chwili przyszła jego mama i nam przeszkodziła.
- Jezus Maria, Justin co ci się stało, co tutaj robi ta dziewczyna?! Co ty z nią robisz?! Kto to w ogóle jest?!– zaczęła krzyczeć
- To ja już pójdę może… - powiedziałam cicho i już odjeżdżałam wózkiem, kiedy mnie zatrzymała.
- Nie tak szybko moja panno, oboje mi chyba jesteście winni wyjaśnienia hm…?
- Mamo, słuchaj ja ci to wszystko wytłumaczę, ale nie mieszaj Vergii do tego – wtrącił Justin.
- Nie Justin, razem opowiemy wszystko twojej mamie.
- Ma racje, zaczynam ją lubić, choć jej nie znam…- mama.
- Yyyy, no więc mamo, to jest moja ukochana, Vergia. Kocham ją jak nikogo innego. Przepraszam, że Ci nie powiedziałem, ale powinnaś się chyba domyślić…
- No dobra, to powiedz mi, jak długo to trwa? 
- 1,5 miesiąca – powiedziałam nieśmiało.
- I TAK DŁUGO A JA NIC NIE WIEM?!! Nie no Justin wiesz co…
- Ale mamo…
- Ile masz lat? – zwróciła się do mnie.
- Jestem dwa lata młodsza od Justina.
- Chociaż nie starsza, ale tak myślałam. Macie mi coś jeszcze do powiedzenia?
- Yyy, w zasadzie tak, bo wiesz, myyy… - powiedział Justin, a jego mama rzuciła pytające spojrzenie.
- Mieliśmy wypadek dwa tygodnie temu, w ogóle dziwię się, że dopiero teraz się tu znalazłaś, jak się obudziliśmy…
- To nie moja wina, że dopiero teraz się dowiedziałam, ta służba zdrowia jest jakaś niedorobiona, Nieważne…
- No to musimy ci jeszcze coś powiedzieć, tylko się nie denerwuj… Mamo… Kurde.. Nie mogę no… Ja jestem pełnoletni, ale ona nie. Nie wiem jak to przyjmiesz, ale… No bo wiesz… Nie pomyśl sobie czegoś, że jestem jakiś nienormalny czy coś, czy, że np. jestem zboczonym pedofilem. Bo wiesz… Znasz mnie od maleństwa.. Właśnie.. Dzidziuś… Bobas… Niemowlę… Maluszek… Maleństwo… Dziecko.. Kochanie moje… Mamo to ja!... Tatusiu! – biedaczek i zaczął płakać.
Strasznie przeżył śmierć tego dziecka. Tego niepoczętego maleństwa. Rzeź niemowląt. Przytulił się do mamy i płakał w jej bluzkę. Usiadłam koło niego i przytuliłam mu głowę do mojej klatki piersiowej. Płakał trochę we mnie, trochę w mamę. Ja też płakałam. Pattie też płakała pomimo, że nie wiedziała o co chodzi.  Jakaś pielęgniarka przechodziła i też się rozpłakała jak nas zobaczyła. Pattie wstała.
- Ale dzieci.. O co chodzi?
- Mamo… Przez chwilę byłaś babcią… – powiedział.
- Dziecko! Coś ty narobił? Jak mogłeś? Moje maleństwo, ale ty cierpisz… Kochałeś to dziecko?
- Mamo, no to moje dziecko było, a nawet nie wiem jakiej płci… Nie dałem mu imienia…
I otarł łzy. Mama go przytuliła.
- Posłuchaj, Justin, ja muszę teraz iść do domu. Zjem obiad i wiesz… posprzątam tą demolkę, którą tam zostawiłeś jak mnie nie było.
- To dopiero wróciłaś ze SPA?
- Tak. Tak, dokładnie. To pa pa! I nie zrób jej krzywdy. – powiedziała wychodząc i pokazując na mnie.
Już była pora obiadowa. Karmiłam Justina, bo miał lewą rękę w gipsie, a jak próbował jeść prawą to chlapał na mnie jedzeniem. Siedzieliśmy tak w tych białych fartuchach szpitalnych. Ja na wózku, a Justin na łóżku. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz